środa, 18 stycznia 2017

GALERIANKA - rozdział 7

 7



     Obudziła się z bólem głowy, do którego przywykła już wiele lat temu. "Atak globusa", tak o nim myślała i kojarzyła go bardziej z kacem moralnym, który mimo wieloletniej praktyki ciągle jej dokuczał, niż z jakimikolwiek fizycznymi dolegliwościami.

    Z pokoju córki dobiegała muzyka, symfonia…? To dziecko naprawdę było nienormalne, zamiast słuchać jakiegoś łomotu jak jej rówieśnicy, zasłuchiwała się w romantycznych dziełach i zaczytywała w filozofii!

     Ale czego się spodziewała? Jaka matka, taka córka. Wspomniała nagle wszystkie wyjścia do opery z Januszem, w czasach "przeddziecięcych" i "przedromansowych", kiedy wyskakiwali z łóżka po to, żeby odwiedzić jakieś muzeum, pójść do opery czy filharmonii. Gustowali w wyrafinowanych, mało popularnych wówczas rozrywkach, niespecjalnie chwaląc się nimi wśród znajomych.

  W głębi duszy była z Ilonki dumna, nigdy jednak nie powiedziałaby jej tego. Myślała krytycznie o jej zachowaniu, gdyż zdawało jej się, że tak właśnie powinna myśleć, że powinna chronić swoją córkę przed manifestowaniem własnej indywidualności, które to mogło skutkować jedynie wykluczeniem społecznym. Sama tego doświadczyła, jej dziecko nie musiało być podobnie ostracyzowane. Jeszcze do niedawna każde dziwactwo przysypałaby górą pieniędzy, zamykających wszystkie nieżyczliwe gęby, ale teraz nie było już forsy, którą mogłaby je zatykać.

  Słyszała, że dziewczyna podśpiewuje pod nosem. Miała przyjemny, delikatny głos. Może powinna wykupić jej te lekcje śpiewu, zamiast puszczać wszystkie pieniądze na…?

    Wyrzuciła pustą butelkę do śmietnika i przez dłuższą chwilę stała na środku kuchni, jakby nie bardzo wiedziała, gdzie się znajduje, czy może raczej – kiedy.

    Nie lubiła tych napadów wspomnień, nie lubiła nagle zdawać sobie sprawy z tego, że przegrała życie, że doprowadziła do rozbicia rodziny i przekreśliła przyszłość nie tylko swoją, ale i córki, która najprawdopodobniej, mimo ciągot do literatury, sztuki i muzyki klasycznej, podążała wytyczoną przez matkę ścieżką kurewstwa.

    Patrzyła na przyozdobione różowymi piórkami domowe pantofelki, na wyzierające z wycięć kapciuszków starannie pomalowane przez pedikiurzystkę paznokcie, czerwone jak krople krwi jej utraconego dziewictwa, jej złamanego serca, jej zaszlachtowanej godności…

   – Ilona, jak było w szkole? – krzyknęła w przestrzeń, podchodząc do szafki z zamiarem wydobycia ukrytej gdzieś w czeluściach spiżarki butelki whisky.

     Wiedziała, że córka nie odpowie, ale przynajmniej miała czyste sumienie.

     Nalała sobie drinka do kieliszka z rzezanego kryształu i dumnym krokiem podążyła z powrotem do salonu. Nabrała nawyków przez wszystkie te lata, manieryzmów, które nie były przecież do niczego przydatne. Im niżej upadała, tym dumniej się nosiła.

      Maria Callas zaczęła zawodzić tęsknie z pokoju dziewczyny.

   Przysłuchiwała się przez dłuższą chwilę, popijając półświadomie, przegarniając włosy, wspominając wszystko i nic.

     Pierwszy raz zdradziła Janusza z zazdrości o jakąś błahostkę, rzucony przelotnie innej kobiecie uśmiech, zapomnianą rocznicę poznania, niewyrzucone śmieci. Nie pamiętała nawet, dlaczego to zrobiła, za to aż zbyt dobrze pamiętała, z kim. Oni wszyscy odciskali się w jej pamięci jak wytrawieni kwasem, wypaleni gorącym żelazem. W pewnym momencie, w szalonym, genialnym przebłysku stwierdziła, że zacznie zapominać, jeśli tylko przyjmie ich w siebie wystarczająco wielu, że wówczas zleją się w jednego, niezdarnego, anonimowego lovelasa. Niestety, jej teoria z praktyką nie miała nic wspólnego, za to kolekcja niezdarnych lovelasów powiększyła się do tak zastraszających rozmiarów, że nie było już powrotu.

    I teraz Ilona przejmowała od matki pałeczkę Królowej Nierządnicy. "Przejmowała pałeczkę", tak, to było świetne określenie! I nie miała pojęcia, jak uchronić córkę przed tak żałosnym losem. Porozmawiać z nią? I co niby doświadczona dziwka miała powiedzieć początkującej? "Nie puszczaj się, mała, nie tędy droga! Zostań śpiewaczką operową!" To było absurdalne! Przestały ze sobą rozmawiać gdy Ilona zrozumiała, co jej matka tak naprawdę robi z tymi wszystkimi facetami. Albo nawet jeszcze wcześniej, w chwili, gdy musiała powiedzieć córce: "Pakuj się, młoda, do jednej walizki." Nie dodała, że mamusia dała się wyrolować wujciowi Raoulowi, który zapowiadał się na tak wspaniałego ojczyma! A może nie? Pewnie, że nie, zaczął pożądliwie wodzić wzrokiem za jej córką gdy tylko tej zarysowały się piersi, zaokrągliły biodra.

     Może i lepiej się stało. Tak, zdecydowanie lepiej. Cena jednakże była wygórowana, a pokuta uciążliwa i kobieta właśnie ją odprawiała, codziennie, sumiennie, karnie rozkładając nogi przed wszystkimi tymi Stefanami, Mareczkami i Zygmuntami.

      Co to ona chciała…?

     Dolała sobie jeszcze kieliszeczek, nawet nie zauważyła, kiedy butelka stała się w połowie pusta, a nie w połowie pełna. Jej dość żwawy strumień świadomości zamienił się stopniowo w zamuloną rzekę, w której idee zaplątywały się w podwodne zielska i osiadały na mieliznach, a głos divy zaczął brzmieć jak zew godowy jakiejś niezaspokojonej samicy nieznanego gatunku.

     Nawaliła się, ratunkowo, standardowo, jak zwykle.

    Jutro z nią porozmawia, nie, jutro pójdzie za nią, wytropi, dzie córcia obrała sobie rewirek, dzie uprafiała sfój nietzny proseder…

     Kurtyna!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz