piątek, 20 stycznia 2017

O JEDEN KROK ZA DALEKO - fragment



1

To boli.
Gdyby kilka lat wcześniej ktoś powiedział jej, że chodzenie może sprawiać ból, wyśmiałaby go. Pewna swojego ciała, była wówczas mistrzynią kraju w ujeżdżaniu, szykowała się do startu na olimpiadzie. Czy można było chcieć więcej?
Jeden niefortunny krok konia przekreślił jej karierę, jedno potknięcie cholernego, tępego zwierzaka!
Leciała i leciała, nie mogąc uwierzyć, iż to naprawdę się działo. Nigdy wcześniej nie spadła z konia, nigdy, nawet jako dziewczynka. Dlatego jej zdziwienie nie zniknęło nawet wówczas, gdy z całym impetem wyrzuconego przez zwierzę w górę ciała upadła na skraj parkuru, uderzając biodrem o obciążniki do przeszkód, które ktoś nieopacznie tam zostawił. A może to była jej wina? Powinna była obejść teren, zanim wsiadła na konia.
Nie, winny był koń, który potknął się akurat w tym miejscu i spanikował, zrzucając ją.
Poczuła, jak ból ze strzaskanej panewki promieniuje w górę i zdaje się wytryskiwać setkami drzazg wprost z jej oczodołów.
Potem straciła przytomność.
Pochyliła się, odpinając karabińczyk smyczy. Nieduża czarna suczka spojrzała na nią pytająco, jakby upewniając się, że może się oddalić.
– Biegaj, Zuzia! – powiedziała czule, patrząc za odbiegającym psem.
Szła powoli. Miała wrażenie, że słyszy chrobot, jaki kość wydaje w styczności z endoprotezą przy każdym kroku. Czuła się jak cyborg. Gdyby teraz mogła biegać, robiłaby to każdego dnia, biegałaby za psem całymi godzinami po okolicznych leśnych ścieżkach. Oczywiście poczuła w sobie to pragnienie dopiero wówczas, gdy okazało się, że być może już nigdy nie będzie sprawna.
Chrapnięcie konia wyrwało ja z zamyślenia.
Patrzyła pod nogi, idąc nierówną, gruntową drogą, musiała uważać na każdy krok. Doszła aż pod ogrodzenie z nieociosanych belek. Podpierała się laską, zupełnie tak samo, jak… Jak się nazywał ten wredny lekarz z serialu?
Koń patrzył na nią, zastygły w bezruchu. Był wysoki i proporcjonalnie zbudowany, ale strasznie wychudzony i oblepiony błotem i łajnem. Wyglądał żałośnie, ale nie było jej go żal. Stary Rudzki faktycznie nie miał już siły na zajmowanie się zwierzętami, jeszcze jesienią stajnia była czysta, a konie wypielęgnowane. Teraz wszystko wyglądało koszmarnie, aż dziw, że jakieś towarzystwo opieki nad zwierzętami nie zainteresowało się całą sprawą. W zeszłym miesiącu zabrali go do szpitala. Czy od tego czasu ktoś w ogóle karmił ten cały przybytek? Wiedziała o tym, bo wszyscy o tym wiedzieli. Tutaj nikt nie mógł mieć żadnych tajemnic.
– No i co się tak gapisz? – powiedziała cicho, na co zwierzę zastrzygło uszami, po czym położyło je i prychnęło. – Ja też cię nie lubię! – warknęła, gwiżdżąc na psa.
Pokuśtykała powoli w stronę osiedla, zdecydowana nieprędko wracać w okolice podupadającej stadniny. Choć to już było za duże słowo, teraz to było tylko kilka stojących obok siebie szop. Prawie wszystkie konie zniknęły.
Osiedle w środku nicości.
Tak właśnie powinno się nazywać. Z jednej strony rozlewały się pozarastane przez zielsko i trzciny żwirowe wyrobiska, z drugiej rozciągały rozległe tereny zalewowe, upstrzone kilkoma domami jakichś ryzykantów. Przez środek biegła jednopasmowa wylotówka z miasta. A wokół były tylko lasy i puste gmaszyska nieczynnych fabryk, to właśnie dla ich pracowników wybudowano niegdyś kilka czteropiętrowych bloków. Fabryki upadły, bloki zostały. Osiedle z całą swoją infrastrukturą, obejmującą sklepiki, przedszkole, przychodnię, kościółek i supermarket stało się zamkniętym uniwersum, jak mała wioseczka, której niektórzy mieszkańcy nigdy nie oddalali się od domostw dalej niż na kilkaset metrów. Pełno było takich, żulków i staruszek, którzy całymi dniami snuli się między blokami, czekając nie wiadomo na co, nie wiadomo czego wypatrując.
I ona utknęła w samym środku tej nicości, ona, niedoszła olimpijka, a od trzech lat ledwie chodząca kaleka. Niczym nie różniła się od tych babuniek i menelstwa, również prawie nie opuszczała bezpiecznej enklawy osiedla. Od czasu do czasu wychodziła do lasu czy w pola na spacer z psem, ale jej ułomność w oczywisty sposób ograniczała dystanse tych wycieczek. Cały świat miała w komputerze.
– Jestem, mamo! – rzuciła w przestrzeń, choć wiedziała, że matka nie zareaguje, zapatrzona w ulubiony serial. W mieszkaniu pachniało podgrzaną niedawno kalafiorową.
– Zupę zjedz! – Usłyszała zza przymkniętych drzwi pokoiku matki.
– Natalka wróciła? – odrzekła, zdejmując ubłocone buty. Zuźka czekała w przedpokoju, aż wytrze jej łapy. Czasami zdawało jej się, że ten pies miał więcej rozumu niż jej córka.
– Wróciła i poleciała gdzieś, lekcje robić do koleżanki!
"Akurat!" – pomyślała, zaglądając do garnka. Mama dobrze gotowała, ale trochę przesalała.
Nie dogadywały się zbyt dobrze, nie miały wspólnych tematów. W zasadzie prawie ze sobą nie rozmawiały.
Matka zamknęła się w sobie po śmierci męża. Sama doglądała go w chorobie, patrzyła, jak marniał w oczach, tylko ona była przy jego łóżku w dniu śmierci. A gdzie była wówczas jego ukochana córunia? Oczywiście, na treningu. Nie przyjechała pożegnać się z ojcem, przygotowując do jakiejś cholernie ważnej spartakiady. Matka nigdy jej tego nie wybaczyła, chociaż nigdy nie zwerbalizowała swoich pretensji. Trzyletnia Natka nie bardzo wiedziała wówczas, kto jest jej matką, czy ta pani, która wracała wieczorami pachnąc końskim potem, czy może któraś z sąsiadek, które przesiadywały w ich domu, zerkając co jakiś czas na bawiącą się dziewczynkę, gdy w telewizji akurat leciała reklama, albo gdy lakier na pazurach musiał wyschnąć.
– Nalałaś zupę, Ada?
– Nalałam! – Skłamała, sięgając do lodówki po puszkę schłodzonego piwa. Ostatnimi czasy piła zdecydowanie za dużo, czuła po spodniach, że zaczyna się zaokrąglać. Chyba podświadomie starała dopasować się do profilu statystycznego mieszkańca osiedla. Zaczynała odczuwać do siebie odrazę, nie na tyle jednak silną, by cokolwiek zmienić.
Po śmierci ojca sprowadziła matkę do siebie. Sprzedały jej mieszkanie w kamienicy za grosze, niewielu miało ochotę na lokum, w którym stały jeszcze kaflowe piece. Mama dała się przekonać wizją kaloryfera we własnym pokoju, choć twierdziła, że starych drzew się nie przesadza. Zmieniła zdanie po ataku rwy kulszowej na skutek ciągłego dźwigania węglarki na trzecie piętro.
Natalia traktowała babcię jak matkę. Od dziesięciu lat to babcia Maryla prała jej ubrania, gotowała jej obiady i chodziła na wywiadówki. Matka była tylko widmową postacią, kuśtykającą między toaletą, sypialnią i lodówką. Jeśli w okresie rehabilitacji i pomiędzy trzema operacjami pamiętała, że miała córeczkę, nie dała tego po sobie poznać. Patrzyła na małą tak, jakby nie bardzo wiedziała, co to dziecko robiło w jej domu.
Adrian odszedł jeszcze zanim Natalia skończyła trzy lata.
Poznali się podczas studiów na AWFie: ona była obiecującą amazonką, on odnoszącym pierwsze sukcesy oszczepnikiem. Wysoki, o długich, silnych ramionach i mocarnych udach, imponował jej nie tylko wyglądem, ale i ciętym językiem. I nawet gdy po fatalnej kontuzji, po trzech latach sukcesów porzucił karierę sportową i zajął się programowaniem, nie wypadł z formy. Gdyby się wówczas zapuścił, odeszłaby. W tamtych czasach zwracała w mężczyznach uwagę przede wszystkim na wygląd. Kochali się często i intensywnie, trochę beztrosko i gdy oboje kończyli studia, on jako dobrze zarabiający programista, a ona z wizją świetlanej kariery, już była w ciąży. Odwiódł ją od jej usunięcia, prawie się przy tym rozeszli. Przekonywał, że kariera zaczeka, a dziecko może już nie wrócić. A na pewno nie to samo dziecko.
Zmieniała pieluchy w ich pierwszym wspólnym lokum, które sprezentowali im jego rodzice tuż przed narodzeniem dziecka. Ojciec Adriana był jakąś szychą w banku i choć chłopak wzdragał się przed przyjęciem mieszkania, proza życia szybko zdusiła jego dumę.
Wtedy dowiedziała się o chorobie ojca. Wymawiała się opieką nad dzieckiem, potem chęcią powrotu do formy. W rzeczywistości nie chciała widzieć ojca w złym stanie. Pamiętała go jako młodego, pełnego życia faceta, prowadzającego ją na pierwsze treningi. W jej wspomnieniach nigdy się nie zestarzał ani nie zachorował.
Tak naprawdę przesiadywała w stajni, żeby uciec od wrzeszczącego dzieciaka, opieka nad którym spadła na męża. Siedział z małą w domu, pracując zdalnie. To był zawsze jej kluczowy argument – ona nie mogła zdalnie jeździć konno. Walczył przez dwa lata, biorąc na siebie zupki, śpioszki, potem żłobek. W końcu pękł, rozpłakał się jak dziecko. Chciał normalnej rodziny, żony, gotującej obiady z dzieckiem siedzącym na biodrze, prasującej koszule i robiącej mu kanapki do biura. Wyśmiała go, gdy o to prosił.
Rozwiedli się szybko, nie mieli ślubu kościelnego. Choć walczył o córkę, ówczesna koniunktura przyznała mu prawa tylko do weekendowych wizyt, mimo tego, że to przecież on od małego pielęgnował Natalkę.
Otworzyła puszkę dyskretnie, choć przecież matka nie usłyszałaby syku i trzasku pękającego aluminium przez ryczący telewizor. Przez chwilę miała przed oczami płaczącego męża, który wściekle, bezładnie pakował swoje rzeczy do poprzecieranej walizki, a ona stała w korytarzu, bardziej wściekła niż zrozpaczona nieuniknionym rozstaniem i miała problem z wygodnym posadzeniem wrzeszczącej dziewczynki na biodrze. Czy kiedykolwiek wcześniej nosiła ją w ten sposób? Potrafiła zapanować nad ważącym tonę zwierzęciem, ale nie potrafiła uspokoić wierzgającej, dwunastokilogramowej dziewczynki.
Kolejne miesiące były dla niej koszmarem, a dziecko stało się jej największym wrogiem. Niewyspana, wściekła i sfrustrowana żyła z pieniędzy, które Adrian zostawił na odchodne. Z ulgą przyjęła wiadomość o śmierci ojca i rozpoczęła kampanię na rzecz ściągnięcia do siebie matki. O odejściu Adriana powiedziała jej dopiero, gdy ta stanęła z walizami w progu.
Dopiła piwo i zastanawiała się nad sięgnięciem po kolejną puszkę, gdy zdała sobie sprawę z tego, że telewizor już nie ryczał w sąsiednim pokoju.
– Adunia, nie pij tyle, prosiłam cię…
– Daj spokój, mamo! – Wstała, gwałtownie odsuwając krzesło. – Dorosła jestem!
– Czasami zachowujesz się gorzej, niż Natalia!
Zmięła w ustach przekleństwo, wymijając kobietę w progu.
Nie potrzebowała kolejnej kłótni. Nie potrzebowała jej moralizowania, jej troski, która i tak nie mogła nic zmienić. Była żyjącą z renty kaleką dobiegającą czterdziestki, bez perspektyw, bez męża, bez przyszłości, z dorastającą córką, która na ulicy udawała, że jej nie rozpoznaje.
Nie mogło być już gorzej! A jednak mogło, mogła jeszcze się rozpić i zamienić w jedną z osiedlowych menelek, co kilka kwadransów drepczącą chwiejnie między klatką schodową a nieodległym sklepikiem osiedlowym z butelką dyskretnie schowaną w wewnętrznej kieszeni kurtki.
I pomyśleć, że to wszystko przez jedno głupie potknięcie cholernego konia!
Ciekawe, kiedy zdechnie ta ostatnia szkapa Rudzkiego, która tak bezczelnie się na nią gapiła?

2

– No wstaję już, wstaję! – mruknęła spod kołdry, wysuwając dłoń, aby pogłaskać psa.
Natka pewnie wyszła już do szkoły, a matka podreptała ze swoją walizką na kółkach po zakupy do marketu. Wychodzenie z psem było jej obowiązkiem, chociaż to właśnie ona miała największe problemy z poruszaniem się.
Zwlekła się z łóżka nie do końca pewna, czy w ogóle ma ochotę wychodzić dziś z domu. Zapowiadał się kolejny nudny dzień, taki sam jak wczorajszy, dzień, który nie miał zmienić niczego w jej nędznym życiu.
Było nędzne, temu nie dało się zaprzeczyć, do tego robiła wszystko, żeby było jeszcze bardziej beznadziejne. Choć po wypadku miała przy sobie masę współczujących przyjaciół, zachowywała się tak, jakby to oni byli wszystkiemu winni i już po kilku miesiącach, zanim w ogóle zdołała wstać z wózka inwalidzkiego, zorientowała się, że jest kompletnie sama. Tylko Adrian, kierowany dawną lojalnością, odzywał się od czasu do czasu, ale akurat na tym zależało jej najmniej. Miała dosyć oglądania zdjęć, na których jego nowa żona uśmiechała się promiennie, niańcząc bliźnięta, nie tracąc przy tym nic z gracji modelki, którą jeszcze do niedawna była. Zamierzała chyba wrócić do zawodu, wyglądała jak milion dolarów.
Usiłowała przypomnieć sobie, cóż takiego było w jej ex–mężu, co skusiło tę Miss Universe…? Było jej przykro, gdy odszedł, ale nie odczuła tego tak, jakby straciła mężczyznę swojego życia. On w końcu nigdy nie był jej życiem, prawda? Ani on, ani córka. Liczyła się tylko Exeltia i wyniki na turniejach. Rozmawiała z tą klaczą więcej, niż z własnym mężem.
Wszystko zmieniło się w momencie upadku.
Cała miłość do konia wyparowała w chwili, w której poczuła, jak jej miednica rozpada się niby kiepsko dopasowane puzzle. Nigdy wcześniej nie czuła równie przeszywającego bólu. Zanim porządkowi wbiegli na padok, Exeltia pochyliła się i trąciła chrapą jej policzek, nie bardzo rozumiejąc, co się stało. Jej nie stało się nic, wstała i przechadzała się obok, piach przylgnął do kasztanowego, wypomadowanego boku, podczas gdy wokół biegali rozhisteryzowani ludzie, a ona leżała, krzycząc tak, jakby miała umrzeć w chwili, w której tylko zamknęłaby usta.
Zemdlała z bólu, zanim wniesiono nosze do karetki.
Ból towarzyszył jej nieustannie od tamtej chwili.
Operacje, rehabilitacja, decyzja o zrobieniu z niej cyborga, wszystko to odgrywało się jakby poza nią, a ona leżała półświadoma, modląc się tylko o to, aby mogła jeszcze kiedykolwiek stanąć na własnych nogach, aby mogła chodzić. Ostatnią myślą wówczas było to, aby jeszcze kiedykolwiek usiąść w siodle.
Oczywiście, obwinianie "durnego bydlęcia" było najłatwiejszym wyjściem.
Odkąd pamiętała, doszukiwała się winy w innych, wszędzie, tylko nie w sobie samej. To Adrian był tym złym, który nie potrafił dostosować się do jej trybu życia, to Natalka urodziła się w nieodpowiednim momencie. to ojciec pozwolił się pokonać chorobie wtedy, kiedy matka akurat jej była najbardziej potrzebna.
Szła powoli wyboistą ścieżką, zerkając na psa.
Ranek był ciepły, słońce stało już wysoko, rozpuszczając szron osiadły w nocy na wysokich, zeschniętych, zeszłorocznych trawach. Drugi rok z rzędu nie było prawdziwej zimy, zasuszone resztki świetności minionego lata nie zostały stłamszone przez zalegające miesiącami czapy śniegu. Ten spadł tylko dwukrotnie, oczywiście nie w czasie Świąt i ferii, jakby na złość wszystkim. Nawet śnieg był winny.
Exeltia nie była winna. Nikt, z wyjątkiem niej samej, nie był winny temu cholernemu wypadkowi. Nigdy, przenigdy nie powiedziałaby tego głośno. Odpędzała tę myśl ilekroć się pojawiła.
Z daleka dostrzegła konia, który przechadzał się, wygrzewając na słońcu, wypuszczając nosem kłęby pary. Wyglądał jakoś inaczej, niż dzień wcześniej, ale dopiero gdy podeszła bliżej, dostrzegła dlaczego.
Zwierzę było czyste, spod warstwy brudu wyłoniła się lśniąca, gniada sierść. Ciemna, prawie kasztanowata, jak u Exeltii. Gdy zwierzę odwróciło się w jej stronę, dostrzegła białą gwiazdę na jego czole. Piękny, ale bardzo chudy koń. Przyglądał jej się, zastygłszy w bezruchu. Odczuła w sercu bolesny ciężar wspomnień, niemal poczuła pod dłonią gładki, gorący pysk klaczy, gdy po treningu zdejmowała jej munsztuk i przytulała jej głowę do piersi.
Czy to możliwe, że było to to samo, żałosne zwierzę, na które zdenerwowała się poprzedniego dnia? Chciała odwrócić się i odejść, ale ciekawość zwyciężyła. W końcu nie było w zasięgu wzroku nikogo, kto mógłby dojrzeć, że zainteresowała się stajnią czy pastwiskiem. Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, aby nikt jej nie zobaczył. Pewnie dlatego, że w tak małej społeczności nikt nie miał prawa do sekretów, a plotki powstawały równie szybko i absurdalnie, jak na wsi przed półwieczem. Jakby ludzie nie mieli własnego życia, jakby liczyło się tylko to, co podpatrzą u innych. Czy ona miała jeszcze jakieś własne życie? Nie za dużo.
Zuza dreptała wzdłuż ogrodzenia, ciągle jeszcze w zasięgu wzroku. Od płotu oddzielała ją połać zaoranej ziemi, z której nieśmiało zaczynały wyglądać pędy rzepaku.
Nagle pies ruszył biegiem i wpadł między zabudowania, a ona zaklęła, niezdarnie ruszając za nim.
– Zuza, wracaj! – darła się, nie mając ochoty podchodzić bliżej. Pies jednak nie wracał.
Wówczas ucichł również odgłos jakiegoś narzędzia, szurającego rytmicznie po klepisku. Zdała sobie sprawę z tego, że w ogóle go słyszała dopiero wówczas, gdy umilkł.
– Zuza!
Gdzieś w oddali rozćwierkały się sikory albo inna leśna drobnica.
Pies nie zamierzał wracać.
Ruszyła powoli, przytrzymując się ogrodzenia, aż poczuła, że jakaś drzazga wbija się w jej dłoń. Zaklęła szpetnie, ale w końcu nikogo w pobliżu nie było.
Uniosła wzrok i dojrzała mężczyznę wyłaniającego się zza budynku stajni. Zuza radośnie truchtała przy jego gumofilcach. Zmrużył oczy, przystanąwszy, oparł widły o ziemię i patrzył bez ruchu w jej kierunku. Miał siwe włosy, prawie białe w ostrym blasku porannego słońca.
– Zuza! – krzyknęła jakoś niepewnie, ale pies najwidoczniej znudził się już nowym towarzyszem i posłusznie wrócił do swojej pani.
Odwróciła się i zaczęła nieporadnie kuśtykać w stronę domu. Wokół faktycznie nie było żywej duszy, a ona jakoś tak głupio i irracjonalnie wyobraziła sobie, jak facet rzuca się w pościg za nią z tymi cholernymi widłami. Nie miałaby szans na ucieczkę, zadźgałby ją i zakopał w kupie gnoju za stodołą!
Co za bzdurne wizje!
Było jednak w jego spojrzeniu coś, co ją zaniepokoiło, mimo tego, że był tak daleko, zdawał się przebijać ją na wylot wzrokiem, jakby była niechcianym intruzem na jego terytorium.
Ale kim on był…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz