niedziela, 26 lutego 2017

CZYTAM WYBIÓRCZO - "Róża" Agnieszki Opolskiej





Zdarza Wam się czasami, że czytacie powieść, która w zasadzie nie ma w sobie niczego szczególnego, a nie możecie przestać o niej myśleć? Czytacie krótkie fragmenty, no bo nie jest na tyle wciągająca, aby pochłonąć ją w jeden wieczór, a mimo to, gdy tylko ją odkładacie, nie możecie przestać o niej myśleć, doczekać się, kiedy nadarzy się wolna chwila, aby uszczknąć jeszcze kilka stron z historii? Niby nie ma żadnej lingwistycznej ekwilibrystyki w stylu autora, żadnych obszernych, szczegółowych opisów, a jednak miejsca i osoby pojawiają się w wyobraźni same i łażą po niej nawet wówczas, gdy chcielibyście o nich zapomnieć?
Dokładnie tak jest ze mną i z powieściami Agnieszki Opolskiej.
Nie jest mi łatwo pisać to wszystko, bo znam dziewczynę osobiście, jest skromna, a mimo to silna; porwała się na odważne przedsięwzięcie, za którego realizację z pewnością zapłaciła cenę, o której nie mamy pojęcia. Do tego jest malarką i gdy patrzę na jej obrazy, myślę sobie: "O, jakie fajne rozwiązanie!", albo: "O cholera, to się jej udało, muszę popracować i sprawdzić się w podobnym medium."
I mimo ogromnej sympatii i szacunku, jakimi darzę jej osobę, są pewne niesamowicie denerwujące aspekty jej twórczości literackiej, nad którymi nie mogę przejść obojętnie. A skoro obiecałam jej "szczerość do bólu", to oprócz lukrowania kilka razy zaboli. Ale po kolei.
Jako wytrawni Czytelnicy zarzekamy się, iż nie oceniamy książki po okładce. Czy oby na pewno…? Przyznajcie się, każdy z Was niejednokrotnie pomyślał sobie: "No świetna powieść, ale ta okładka… nie sięgnęłabym, gdyby mi ktoś nie polecił…" lub: "No taka cudna okładeczka, a w środku żenujące bzdury!" W przypadku powieści Opolskiej nie sposób się nie uśmiechnąć, biorąc książkę do ręki: oryginalna grafika na froncie, skromna, ale w jakiś dziwaczny sposób niepokojąca, do tego półtwarda okładka i szyty grzbiet, no i wewnątrz reprodukcje prac pisarki! Cud, miód i orzeszki! 
I tak, jak oprawa jest faktycznie "artystowska", tak w treści zabrakło mi sztuki, którym to hasłem reklamowana jest cała trylogia ("Anna May", "Róża", "Ari"). No owszem, mamy tam w środku ludzi, którzy biorą ołówek czy pędzel do ręki, ale procesu twórczego jak na lekarstwo! Świetna scena, w której główna bohaterka próbuje swoich sił w malowaniu akwarelami rozbłyskuje i gaśnie niby spadająca gwiazda. Dlaczego?? W "Annie May" mogliśmy obserwować głównego bohatera przy pracy i to były dla mnie najprzyjemniejsze momenty w powieści. No, ale ja się uważam za artystkę, tak? Kogoś, kto wie, co oznaczają cyferki i literki na ołówkach, czym się różni gwasz od akrylu i co to jest fiksatywa. Czy gdyby przemycić czytelnikom trochę więcej takiej wiedzy, stałaby się im jakaś krzywda? Oczywiście, że nie, więc oto mój apel do autorki:
DROGA AGNIESZKO! JEŚLI MOŻESZ JESZCZE SPREPAROWAĆ TREŚĆ SWOJEJ KOLEJNEJ POWIEŚCI TAK, ABY MALUCZCY POCZULI, CO ZNACZY PRZENOSIĆ OBRAZY I UCZUCIA NA PAPIER CZY PŁÓTNO, ZRÓB TO!!
Opolska jest świetną artystką. Gdyby nie bała się pisać tak, jak maluje, jej powieści byłyby wybitne. A tak są jedynie poprawne. Bo owszem, pojawiają się w nich perełki, tak jak początkowa scena z wanną, użycie dziwacznych słów w stylu "obwiednia" miast "obwódka", fajne zabiegi pozwalające na moment (znów – za krótki!!) zajrzeć w psychikę bohaterów. Ale mało, mało, wciąż mi za mało tego wszystkiego! Być może dlatego nie poczułam tej zapowiadanej przejażdżki emocjonalnym rollercoasterem…? Owszem, przyjemnie się jechało, ale to była bardziej wycieczka za miasto, a nie jazda bolidem.
Dwa słówka o bohaterach, no bo tego pominąć nie sposób.
Pamiętacie ten serial o kucharzach? O tej nudnej babeczce, co to kroić nie umiała i gwiazdorze, co był jakimś tam znanym szefem kuchni? Zasadniczym problemem tamtej produkcji było to, że para głównych bohaterów była nudna jak przysłowiowe "flaki z olejem", za to wszystkie postaci drugoplanowe czy epizodyczne iskrzyły wprost fenomenalnie! Mam podobnie, jeśli chodzi o galerię postaci w "Róży".
Główna bohaterka mogłaby dla mnie nie istnieć, serio, mogłaby nie powstać, nigdy nie zostać napisana. Zachowuje się irracjonalnie bez żadnego wytłumaczenia, podejmuje same dziwaczne decyzje, i w ogóle DOBRZE JEJ TAK! A już ten jej afekt do jej młodej uczennicy…? O co w tym chodzi? Skąd się wziął? Nie wiadomo. Bohaterka nawiązuje głębokie relacje z postaciami, z którymi w normalnych warunkach nie miałaby nic wspólnego, nie miałaby nawet czasu ich poznać i w powieści też ich nie poznaje. A mimo to pała wręcz do nich jakąś niewytłumaczalną miłością! Dlaczego? Nie powiedziano… Nie lubiłam Karoliny/Róży, nie identyfikowałam się z nią, nie kibicowałam jej. Czy taka właśnie miała być? Jeśli tak, to bravissimo, udało się w pełni!
Próbuję teraz zidentyfikować głównego bohatera płci męskiej i… no właśnie, który to jest?? Czy widmowy wuj, na którego zejście po prostu się czeka, czy kucharz (o, co za zbieg okoliczności!), który zachowuje się jak burak–histeryk i nie, nie usprawiedliwia go to, czego się dowiadujemy na końcu! Do tego facet ma poważny problem z komunikacją interpersonalną, a podobno jest terapeutą? Nie kupuję tego, nie kupuję jego! I też: DOBRZE MU TAK!
Godny uwagi jest mąż głównej bohaterki, którego wszyscy czytelnicy (a tak przynajmniej wynika z recenzji/opinii, które czytałam) nienawidzą. A ja mu szczerze współczułam, czy tylko ja dostrzegłam tragizm jego położenia? Jego kochanka (tak, mogę to napisać, dowiadujemy się o niej już we fragmentach promocyjnych), też nie ma lepiej… Choć to wątek niby poboczny, śledziłam go z zainteresowaniem i zaangażowaniem.
I tutaj dochodzimy do zdecydowanie najsprawniej napisanej postaci w powieści: do Theo, który skradł mi serce od pierwszej chwili, ale ja po prostu uwielbiam postaci dziwaczne, ekscentryczne, pokręcone, a gdy mają jakieś poważne problemy ze sobą, to stają się jeszcze pyszniejsze! No i taki właśnie jest Theo, którego potencjał mógł być dogłębniej wykorzystany, ale, niestety, nie jest. Jaka szkoda! Czy ktoś go widział z pędzlem w ręku…? No bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć… patrz apel do autorki wyżej.
Bardzo specyficznie zarysowani są mieszkańcy domu dla bezdomnych (domu dla bezdomnych??). Wszyscy jawili mi się jako postaci z kreskówek, jak krzywo narysowane przed dzieci ludziki z patyczków, jak jakieś Małe Mi (tak, te babsztylki...) lub inne egzaltowane ludziki z mimiką rodem z animowanego filmu. Czy to celowe? Jeśli tak, to brawo, jeśli nie, to i tak właśnie tak się stało. Jeśli spojrzeć na doświadczenia życiowe autorki, miała z takimi indywiduami do czynienia. I chyba właśnie w ten sposób opisuje się takie persony, bo jest to świat dla nas zupełnie obcy, niekompatybilny. I obserwujemy go udając, że tacy ludzie nie istnieją, że są papierowi, wymyśleni, narysowani.
Czytacie, czytacie, i pewnie już od jakiegoś czasu myślicie sobie: "Ale z tej Suchockiej menda, czepia się i czepia…!" Tak, czepiam się, czepiałam i czepiać będę, bo wiem, że Opolską stać na więcej!
Owszem, progres w stosunku do debiutu jest. Ale ja czuję niedosyt. Klęłam, czytając obszerne fragmenty złożone ze zdań zawierających po 4–5 słów. Trrrrrt, trrrrrt, trrrrrt! Jak serie z uzi! AaaRArrGggH!! Nie bójmy się zdań wielokrotnie złożonych! Do tego drobiazgi: nazwanie whisky "bursztynowym płynem" bodajże pięciokrotnie, czy powtarzany gest oblizywania górnej wargi, jakoby znamionujący pożądanie. Kto tak robi?? Pies na widok miski chyba!
Dobra, kończę, bo unoszę się emocjami!
I to jest właśnie wspaniałe - emocje! Bo choć ja miałabym chęć wiele w tej powieści zmienić, fakt, iż została napisana właśnie tak, budzi we mnie emocje. Może nie do końca takie, jakich oczekiwała autorka, ale cóż, takie ryzyko zawodowe!
Powieść "Róża" jest jak twarz Brada Pitta: za małe oczka, dziwaczny nos, zbyt wydatne wargi, cholernie masywna szczęka, a jak wszystko poskładamy razem, powstaje zniewalająco przystojny facet! Takie właśnie jest pisanie Opolskiej: niby nic, a jednak… I jakże ciężko zdefiniować, co czyni tę powieść tak "czepliwą"! Jest to jakiś nieuchwytny czynnik, którego niektórzy autorzy nigdy nie pochwycą, choćby nie wiem jak długie pisali zdania, jak rozbudowane opisy miejsc i monologi wewnętrzne umieszczali w swoich powieściach. Opolska to ma, a jak to uzyskała? O tym musicie przekonać się sami, czytając "Różę"! I naprawdę szczerze, gorąco polecam tę lekturę! Choć w zasadzie sama nie wiem, dlaczego…………

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce!

2 komentarze:

  1. "Ale z tej Suchockiej menda, czepia się i czepia…!" No i tak jest, ale jednocześnie zauważa to jak czeka się z utęsknieniem na następną stronę książki odłożonej w trakcie czytania do kolejnego razu . . . trafiłaś w 10-tkę - niejeden bardzo dobry i znany autor nigdy tego nie miał, nie ma i prawdopodobnie nie będzie miał, a Agnieszka w "Róży" i owszem ma :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Ja myślę, że to jedno zdanie o "czymś" robi całą recenzję, a marudzenie, jak to marudzenie, każdemu się nie dogodzi! Szczególnie pisarzowi z długim stażem, który każdą powieść będzie postrzegał przez pryzmat własnego warsztatu. Poza tym ja tam bym chciała, żeby moje pisanie przyrównano do Brada! ;)

      Usuń