wtorek, 14 lutego 2017

GALERIANKA - rozdział 11 - ostatni


 11

     – Napijesz się czegoś?
     Jego głos dotarł do niej z daleka, jakby miała uszy zapchane watą, przez którą wyczuwała tylko bicie własnego serca, uporczywy, przyspieszony puls w skroniach.
     Skoro zabrał ją do siebie z zamiarem przelecenia, to chyba nie odmówi jej czegoś mocniejszego? Znała już swoje możliwości, zaczynała od spijania resztek z butelek, gdy była jeszcze w podstawówce, potem cichaczem podpijała łyczki z butelek matki, przekonanej, że latorośl jest nieświadoma jej nałogu. Mogła spokojnie wypić pół szklanki whiskacza, zanim zmiękłyby jej nogi.
     – Chętnie! – zawołała piskliwym głosikiem, chcąc przebić się przez zbyt dużo pustej przestrzeni.
     Mieszkał w lofcie, składającym się w zasadzie wyłącznie z powietrza. Ściany zapaćkane betonem, gdzieniegdzie odkryte cegły, industrialne reflektory, trochę białych tkanin. Brakowało tylko sprzętu fotograficznego i mogłoby to być studio jakiegoś renomowanego fotografika. Gigantyczna, biała, modułowa sofa wyglądała na jedyny mebel, na którym można było bezpiecznie usiąść. Choć za nieosłoniętymi niczym oknami były tylko odległe zabudowania i majaczące w oddali drapacze chmur, miała wrażenie, że cały świat dojrzy jej upadek przez te szyby.
     Wrócił z kuchni z dwoma kieliszkami białego wina, szron sperlił się przy jego palcach zanim postawił je na szklanym stoliku.
     – Ładnie mieszkasz… – zagadnęła głupio, biorąc pierwszy łyk.
     Nie mógł powstrzymać się od gapienia na jej kościste ramiona, łódkowy dekolt odsłaniał niewiele, ale i tak za dużo, nie miała na sobie bielizny, a mimo to biust trzymał się pewnie na właściwym miejscu. Przełknął łyk wina, czując lód w przełyku.
     Usiadł, zdjąwszy marynarkę, i teraz wydawał jej się jeszcze starszy: przez kamizelkę, przez złotą dewizkę zegarka, która dyndała przy kieszonce. Kto w dzisiejszych czasach tak się ubierał? Wyglądał dziwacznie na tle industrialnego wystroju, jak przeniesiony w czasie, jak wycięty ze starego romansidła, podstarzały amant, mogący mieć każdą.
     Miał mieć również ją, już za moment.
     Pozwolił jej przechadzać się po pomieszczeniu na tych idiotycznie wysokich obcasach, w których radziła sobie zdecydowanie lepiej, niż się tego spodziewał. Gapiła się na obrazy, dziwaczne bohomazy dobrze rokujących, młodych artystów, w które ostatnio inwestował, choć specjalnie mu się nie podobały. Miał zdecydowanie za dużo pieniędzy.
     Pieniądze…
     Ile mógł jej zaproponować? Tysiąc? Dwa? To było idiotycznie mało, choć z pewnością nie śmiałaby zażądać więcej.
     Dopił wino i założył nogę na nogę, zdecydowany wprowadzić w życie swój plan. A może jednak faktycznie ją wziąć…?
     – Więc, jaka jest twoja cena?
     Słowa wybrzmiały w zaległej nagle ciszy, echo stukotu jej obcasów umilkło. Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę, spojrzała z jakimś przestrachem, jakby już zdążyła zapomnieć, po co właściwie została tu przywieziona.
     Przecież właśnie tego chciała, tak? To dla niego wystroiła się jak idiotka, to dla niego gnała przez miasto, z naiwną nadzieją w sercu, nadzieją na…? Na co? Teraz już nie wiedziała, na co, gdy on nagle zmaterializował się tuż przed nią, wszystkie fantazje prysły, wyparowały jak krople na rozgrzanej blasze, zostawiając po sobie tylko syk strachu. A co, jeśli zrobi jej krzywdę? A co, jeśli to faktycznie boli?
     Stał tuż przy niej, pachniał obłędnie tą dziwaczną mieszaniną mchu, liści tytoniu, pieniędzy i władzy. Zakręciło jej się w głowie, gdy chwycił ją za ramiona i przyciągną do siebie, zagłębiając twarz w jej sztywnych od lakieru włosach.
     Tamara stała pod drzwiami mieszkania, serce waliło jej jak młotem. Dostała się do budynku, podając za roznosicielkę ulotek, wiedziała aż nazbyt dobrze, że w każdej chwili może pojawić się jakiś cieć, jakiś ochroniarz, takie mieszkania na pewno były strzeżone, musiała coś zrobić, zapukać, zainterweniować jakkolwiek, przecież tak w środku była jej córka, z tym obcym facetem, który, który…
     – Nie!
     Usłyszała to? Słyszała jaj głos?
     Zaczęła walić w drzwi z całej siły, nie obchodziło jej, że ktoś może usłyszeć, że zaraz zbiegną się sąsiedzi, ciecie, ochroniarze.
     – Otwieraj, zboczeńcu! – darła się, uderzając pięściami w drzwi. – Otwieraj, słyszysz! To jest dziecko, nie masz prawa! Otwieraj! To moje dziecko!!
     Odskoczył od dziewczyny zanim jeszcze usłyszał walenie.
     Zaprotestowała cichutko, a przynajmniej tak mu się zdawało, gdy półświadomym ruchem okręcił jej włosy dookoła pięści i pociągnął w dół, schylając się do jej szyi, jakby chciał ją ugryźć niby wampir.
     Ktoś dobijał się do drzwi, walił w nie jak szalony, i ten głos, ten histeryczny krzyk, przecież on znał ten…
     Zakłuło go w piersi, spojrzał na dziewczynę, która zasłoniła dłońmi usta, zaczęła szlochać, drobiła w miejscu, jakby chciała uciekać i nie miała dokąd. Jej wielkie, jasne oczy wypełniły się łzami.
     Znał to spojrzenie, Jezu Chryste, znał to spojrzenie!!
     Podszedł do drzwi i przekręcił zamek, zgrzyt przebił się przez wrzaski kobiety na korytarzu.
     Stała tam, rozczochrana, zapłakana, z makijażem znaczącym czarnymi smugami jej zmęczoną życiem twarz. Tak wiele razy widział ją w takim stanie, tak wiele!
     Osłoniła usta takim samym ruchem, jak to dziewczątko z salonu, patrzyła na niego tak samo, jak ta cholerna galerianka, która była…
     – Tamara…! – szepnął, czując jak krew odpływa mu z twarzy.
     – Janusz! – odrzekła, osuwając się po futrynie, czując, że odpływa.
     Ilona wrzasnęła, darła się jakby ktoś faktycznie ją gwałcił, jakby działa jej się straszna, niewytłumaczalna krzywda. Patrzyła na matkę, która trzęsła się od płaczu na wycieraczce i na ojca, któremu o mały włos sprzedałaby swoje dziewictwo.

KONIEC

2 komentarze:

  1. Wiedziałam, heh, byłam pewna, że tak to zakończysz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To najlepsze zakończenie, nie mogło być inne. To znaczy, mógł ją przelecieć, zanim dotarłaby matka, ale..... Hmmm....

      Usuń