piątek, 3 lutego 2017

GALERIANKA - rozdział 8



8

    Pieprzone Walentynki!
    Pragnienie zobaczenia go było silniejsze od mentalnych mdłości, które odczuwała na widok obściskujących się par, słodkich uśmieszków, wodospadów czerwieni i różu wylewających się na przechodniów z każdej witryny, z każdego kąta. Hostessy przebrane za amorki - aż dziw brał, że nie rozebrane i okryte tylko szarfą w talii - nagabywały zrośnięte ze sobą pary do kupienia kolejnych niepotrzebnych pierdół ze swoich ustrojonych wstążkami i filcowymi serduszkami koszyczków.
 Samotnicy rozpychali się w tłumie wyjątkowo agresywnie, mierząc pozornie szczęśliwe parki złowrogimi spojrzeniami. Czy ona była właśnie taką samotniczką? Ludzie zakładali raczej, że właśnie szła na spotkanie z chłopakiem.
   No... niejako tak było. Przyszła tu z zamiarem spotkania się z mężczyzną, którego ostatnio tak bezczelnie wystawiła do wiatru. Musiał się poczuć jak idiota, a wyglądał na takiego, który nie tolerował pomiatania nim. Co właściwie chciała osiągnąć? Nie była do końca pewna, ale kurewski instynkt podpowiadał jej, że ta znajomość nie była jeszcze zakończona, ba! nie była nawet napoczęta! 
    Od kilku dni nie mogła spać, miała rozkoszne sny, w których tajemniczy srebrny lis rozdziewiczał ją w satynowej pościeli. Budziły ją własne jęki i półprzytomne orgazmy, aż w końcu dziewictwo zaczęło jej ciążyć jak uwiązany w kroku głaz. Wyobrażała sobie, jak tajemniczy nieznajomy dotyka ją właśnie tam, jak kładzie ją na łóżku, wśród wszystkich jej pluszowych zwierzątek i dyskretnie rozsuwa rozporek, po czym bierze ją, kompletnie ubrany. Mimo uprawianej od niedawna profesji nie była zbyt dobra w snuciu erotycznych fantazji, przypominały przedruki z książek, które czytała i filmów, które oglądała. 
    Chodziła poddenerwowana, podniecona, czując, jak wilgotnieją jej majtki na samo wspomnienie jego zacierającej się już w pamięci twarzy, wypielęgnowanych dłoni, nawet cholernych zmarszczek wokół jego oczu.
   Nigdy wcześniej się tak nie czuła, nigdy nie zadurzyła się w żadnym koledze, dla niej byli tylko narzędziami do zdobycia tego, czego pragnęła, tak jak Krzysiek, któremu pozwalała się obmacywać w łazience w zamian za odrobienie zadań z matmy. Cherlawy okularnik spuszczał się w spodnie, miętosząc jej piersi, a ona śmiała się pod nosem, upajając poczuciem władzy nad tym żałosnym konusem.
    Weszła do galerii z bijącym sercem, ale jednocześnie była niemal przekonana, że go nie spotka. Nie wyglądał na mężczyznę, który spędzałby Walentynki w galerii handlowej! Pewnie siedział w jakiejś eleganckiej restauracji z...
     Poczuła się jak idiotka. Przecież to było oczywiste! Albo miał jakąś wysztafirowaną lafiryndę w wieku jej matki, którą właśnie posuwał w swoim ascetycznie urządzonym apartamencie, podarowawszy jej wcześniej brylantową kolię, albo siedział z kumplami w barze i chlał najdroższą whisky, śmiejąc się ze wszystkich tych naiwniaków, których raz w roku ogarniało pseudomiłosne szaleństwo.
    W końcu nie przychodził do ulubionej kawiarni od jakiegoś czasu, prawda? Nie pojawił się od ich ostatniego spotkania, wiedziała o tym, bo oszukiwała, nie zmieniła żadnego rewiru, po prostu założyła jeansy i wyświechtaną kurtkę, snuła się w pobliżu, nierozpoznana przez nikogo, wypatrując jego przybycia.
     On jednakże nie przybywał.
    I nie było przecież żadnego powodu, dla którego miałby się tu dzisiaj pojawić. A ona, jak idiotka, założyła podprowadzone matce szpilki jeszcze na ulicy, brnęła w śniegowej brei, przyciągając spojrzenia i prowokując podśmiechujki. Wystrojone jak na czerwony dywan zasuwała drobnymi kroczkami, ciasno związana przylegającą do chudego ciała sukienką, czuła się jak okręcona elastycznym bandażem, przy każdym kroku rąbek podjeżdżał coraz wyżej, a jej było cholernie zimno w odkryty - bo przecież nie zakryty! - stringami tyłek. Na pewno rumieńce wyzierały jej spod starannego makijażu, na pewno czapka zgniotła starannie natapirowane włosy, ale przecież to wszystko nie miało już żadnego znaczenia, bo on...
    Był tam.
    Siedział przy tym samym, co zwykle, stoliku i patrzył prosto na nią, uśmiechając się ni to lubieżnie, ni to z przekąsem...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz