niedziela, 12 lutego 2017

GALERIANKA - rozdział 9


 9

     Pocinała w tych szpileczkach naprawdę zręcznie, to trzeba było jej przyznać. Lawirowała między ludźmi jak na szczudłach, kręcąc chudymi biodrami dla utrzymania równowagi, wymijała poprzytulane parki niby slalomistka tyczki. Pod brodą ściskała kołnierz kusego, odkrywającego tyłek, jasnego futerka, które było bardziej ozdobą, niż ochroną przed mrozem, dlatego nie miało żadnego zapięcia. Tamara nieraz klęła na nie i w końcu odwiesiła w najgłębszy kąt szafy, tuż nad tymi cholernymi szpilkami, w których jej córunia drobiła zręcznie jak rasowa, wybiegowa modelka. Do dopełnienia obrazu brakowało jej tylko jakieś pół metra wzrostu.
    Tamara przyczaiła się za filarem zaraz po wejściu do budynku, czując się anonimową w ciuchach wygrzebanych ze stosu na łóżku córki. Zamieniły się rolami: oto cudownie odmłodzony kurwiszon biegł na spotkanie z klientem, a pełna niepokoju, ale i dziwacznie podniecona podstarzała nastolatka ukryta w rozciągniętej kurtce, pod kapturem, śledziła ją niby w jakiejś durnowatej, romantycznej komedii, której akcja zawsze, ale to obligatoryjnie, musiała toczyć się w galerii handlowej przy okazji jakiegoś święta.
    Na ruchomych schodach rozdzielił je nabuzowany hormonami tłum. Ile z tych parek odda się króliczemu pieprzeniu już za kilka godzin? Trzymała się kurczowo poręczy, która jak zwykle poruszała się szybciej od schodów, próbując opanować zawroty głowy i mini–koliberki białych mroczków, pałętające się przed oczami, pocieszając się tym, iż nie były to miniaturowe białe myszki… Zanim jeszcze młoda wymknęła się z mieszkania, zakładając, że matka jak zwykle śpi nawalona, a nie obserwuje ją spod na wpół przymkniętych powiek, Tamara łyknęła garść "dwakace", popijając ją musującym magnezem, multiwitaminą i czymś jeszcze, z czego oblazła naklejka, po czym pogoniła ten koktajlik lampeczką koniaczku na klina. Zestaw zwykle działał w domu, kiedy to poruszała się nieśpiesznie pomiędzy sypialnią a łazienką, jednakże w autobusie pełnym cuchnących meneli kobieta z trudem powstrzymała się od puszczenia pawia na siedzącego najbliżej.
  Na szczęście młoda była zbyt zaaferowana swoim "kurwiquestem", aby zwracać uwagę na ludzi stojących na przystanku. Do wyświechtanego plecaczka upchnęła futerko i szpilki, wysiadła przystanek przed galerią i jak wariatka przebierała się w przejściu podziemnym, między kioskiem z pornolami i budką z pączkami. Matka z trudem powstrzymywała się przed chwiejnym podbiegnięciem do niej, wytrzaskaniem jej po głupiej małoletniej gębie i zaciągnięciem z powrotem do domu, ciekawość jednak wzięła górę. Poza tym oprócz pojawiających się w pokoju córki coraz to nowych fatałaszków, kosmetyków czy perfum nie miała żadnych dowodów na to, że młoda się puszczała. Równie dobrze mogła pisać za kasę wypracowania, podobno była w tym niezła, albo udzielać jakichś korepetycji gówniarzom z podstawówki, gdyż na swoje nieszczęście Ilona poziomem edukacyjnym wybiegała daleko przed szereg.
    Zamyśliła się, straciła córkę z oczu. Nerwowo odrzuciła kaptur i rozglądała się wokół, wypatrując w tłumie cienkich nóg na niebotycznych szpilkach, blond plamy wątłego ciała, które tego dnia było całe z kolorze blond, od tych nieszczęsnych butów, przez sukienkę w kolorze nude i idiotyczne futerko, po rozczochraną, natapirowaną czuprynę.
    Gdzie ona łapałaby klienta, gdzie by się z nim umówiła? Przecież nie w toalecie czy przebieralni, nie w pieprzone walentynki, gdy wszędzie było gwarno i tłoczno; wybrałaby jakieś neutralne miejsce na ustawkę, a potem pewnie pojechała do niego, cholera, nie bała się??
     Kawiarnia!
    Tam, przy stoliku, on już wstał i podążał za nią, wysoki, pewny siebie, w markowych garniturze, szpakowate włosy elegancko przyczesane, krok sprężysty, lekkie kołysanie aktówki, gdy ruszył za nią. Każdy by tak szedł mając w perspektywie przelecenie nastolatki! Taki stary?? To znaczy równolatek matki? Ale może to i lepiej, że postanowiła sprzedawać się eleganckim panom w średnim wieku, a nie jakimś zdesperowanym gówniarzom, którzy nigdy nie mieli przy sobie kondomów. Bogaci biznesmeni nie ryzykowali, zabezpieczali się, nie robili głupot…
     Nie robili głupot??
    Ten kutas miał zamiar wywieźć do jakiegoś hotelu i zdeflorować (tak, naiwnie wierzyła w to, że Ilona wciąż jeszcze jest dziewicą) jej niespełna siedemnastoletnią córkę! Cholerny pedofil, zboczeniec, skurwiel!
    Ruszyła za nimi, musiała się upewnić, że to faktycznie był jej klient, a nie facet, który zauważył śliczną, wyzywającą dziewczynę i po prostu poszedł za nią, chcąc się tylko napatrzeć.
    Stali przy windzie jak zupełnie obcy ludzie, nie patrząc na siebie, nie rozmawiając. Tamara obserwowała jego plecy z bijącym sercem, wściekła na siebie, że straciła córkę z oczu akurat w momencie, gdy musieli wymienić jakieś porozumiewawcze spojrzenia, porozmawiać, cokolwiek! A może umówili się już wcześniej?
    Nie mogła przecież pojechać z nimi windą! Rzuciła się w kierunku schodów, gorączkowo zastanawiając się, co zrobi, jeśli przydybie ich na parkingu, czy rzuci się na faceta, okładając go pięściami? Do tej pory nie mogła tego uczynić, nie chciała robić sceny w zatłoczonej galerii, w końcu on mógł być zupełnie niewinny. No tak, ale co zrobi, gdy już wsiądą razem do auta? Rzuci się na maskę? Trzeba było pobiec na dół i czekać przy wyjeździe z parkingu… Nonsens, tych wyjazdów było kilka! A poza tym ten facet wyglądał na kogoś, kto jeździ limuzyną o przyciemnianych szybach, nawet nie wiedziałaby, czy Ilona jest w środku!
    Rozejrzała się po parkingu, nie było ich, a przynajmniej nie dostrzegła ani jego, ani blond plamy swojej córki.
    Naciskała guzik windy jak uporczywie nie dającego się rozgnieść insekta, wypadła na parking piętro wyżej.
     Tam!
    Otwierał jej drzwiczki czarnej limuzyny, a jakże! Co robić, co robić??
   Kilka miejsc parkingowych dalej ktoś właśnie wysiadał z taksówki, matrona o kulach, która zażyczyła sobie podwózki aż na parking, stara lampucera, która zamiast siedzieć w domu wybrała się na rejs podglądactwa, odziana w wyliniałe futro z norek. Tamara przecisnęła się pomiędzy leniwie przesuwającymi się samochodami, parking był o tej porze pełen, rozwrzeszczały się klaksony, pochyliła głowę, dostrzegając jak mężczyzna znika w aucie, dopadła taksówki, potknęła się o niby przypadkiem podstawioną kulę starej wiedźmy, która w jej kacowym widzie miała mordę Baby Jagi z kreskówki z czasów komunistycznych, z ogromną brodawką na wydatnym nosie.
   Zatrzasnęła się w środku, wydobyła z kieszeni banknot stuzłotowy, potem drugi i prawie wepchnęła je kierowcy za kołnierz.
     – Dzie tak spieszno, pani kochana? – mruknął, majstrując przy taksometrze.
    – Za tym czarnym autem, tam, widzi pan? – wrzasnęła, uchylając brudną szybę. – Niech pan go nie zgubi!
      – A co, niewierny kochaś, w walentynki panią wystawił?
    Normalnie rzuciłaby takiemu chamowi wiązkę przekleństw i wysiadła, ale nie było czasu na słowne potyczki.
    – Co za Sherlock! Właśnie tak! – odrzekła zamiast tego. – Wyobraża pan sobie? Co za świnia! Musi mi pan pomóc go przyłapać!
    Facet zaśmiał się gromko, nagle podniecony wizją pościgu. Wyglądał na takiego, w czyim życiu nigdy nie wydarzyło się nigdy nic ciekawego, którego najbardziej ekscytującym zajęciem było podwożenie do sklepów starych, wyliniałych bab.
     – Dorwiemy skurwysyna, bez obaw!
   Wymusił pierwszeństwo, ignorując jazgot klaksonów i krzyki, ruszył spiralą zjazdu w dół. Od czarnej limuzyny, w której córka Tamary być może właśnie ustalała swoją cenę, dzieliły ich tylko dwa samochody.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz