wtorek, 30 maja 2017

CZYTAM WYBIÓRCZO - "KOMORNIK" Michała Gołkowskiego



Jestem prawie pewna, że na etapie swego literackiego życia, na którym się obecnie znajduje, Gołkowski nie potrzebuje już żadnej rekomendacji. Mało tego, zdaję sobie również sprawę z faktu, iż moja opinia na temat jego powieści nie obchodzi go w najmniejszym stopniu, bo sam ma wystarczająco wyrobione pojęcie o tym, co pisze i jak pisze.
Czy oby na pewno...?
Czytając "Komornika", chwilami miałam wrażenie, że Gołkowski nie ma pojęcia, co robi, że tekst całkowicie wyrwał mu się spod kontroli, postaci zerwały ze smyczy, a on po prostu siedział bezradny i klepał w klawiaturę, obserwując ich coraz bardziej wariackie poczynania, zupełnie pozbawiony kontroli.
W wielu opiniach czytałam peany na temat stylu Gołkowskiego: lekkość, poczucie humoru, naturalność dialogów, swoboda w wyważonym użyciu wulgaryzmów. I wszystko to potwierdziło się podczas lektury, zresztą posmakowałam jego pióra (jakkolwiek by to nie zabrzmiało...) w "Ołowianym świcie" i w zasadzie tylko jego styl sprawił, że przedarłam się przez tamtą powieść. Z "Komornikiem" nie miałam już takiego poczucia brnięcia przez zasieki, ale przyznam, że chwilami nie było lekko i kilkakrotnie odkładałam powieść. Wracałam jednakże do niej, nie tyle oczarowana, ile zatruta przedstawionym w niej światem.
Wyjaśnijmy sobie coś już na początku: nie mam zamiaru czepiać się szargania świętości, kpin z religii, ukazania dogmatów jako bzdur, a świętych czy aniołów jako rozpustników i bezmyślnych maszynek do zabijania. Wszystko to autor uczynił, oczywiście, ale jakby tak się uprzeć i wysłać cenzora z czarnym mazakiem, to niewiele miałby do wykreślenia. To jest subtelna gra z całym dekorum masowej religii zorganizowanej, która w zasadzie ani razu nie jest nazwana wprost, a może po prostu ja tego nie zauważyłam, skupiona na innych aspektach powieści? Poza tym, o czym my w ogóle mówimy? To jest FANTASTYKA, POSTAPO, i to w najbardziej dosłownej formie, bo mówimy o Apokalipsie, tej Apokalipsie, a nie o epidemii, wojnie nuklearnej, wirusach, czy czym tam jeszcze autorzy zwykle dziesiątkują ludzkość. Jak powszechnie wiadomo, autorom fantastyki wolno więcej, więc Gołkowski po prostu korzysta z owej wolności, wyolbrzymiając wszelkie słabe punkty zorganizowanej religii, które w jego powieści rozrastają się jak czyraki.
A skoro już jesteśmy przy czyrakach... Powieść jest obrzydliwa momentami do granic wytrzymałości. Dywan z trupów we wszelkich stadiach rozkładu, z lubością tkane opisy wszelkich mechanicznych obrażeń, na które co rusz wystawiony jest narrator, wylewające się wnętrzności, żywe trupy, potwory piekielne jak i niebieskie (by the way, latającymi głowami Cherubinów byłam zachwycona!), no jednym słowem wszystko to, czego po końcu świata z pewnością by nie zabrakło. Nie ma moralności, nie ma zasad, niczego nie ma, tak więc osoby nie lubiące anatomizmów i chirurgizmów lojalnie uprzedzam! Flaki latają, krew się leje, ciało od kości odpada!
I w większości przypadków jest to ciało głównego bohatera. A wkurzający jest on jak mało który! Jeśli taki był zamysł autora, aby cała historia była przedstawiona oczyma nieudacznika, który zgrywa tylko twardziela, to brawo, udało się! Bo oprócz dość ciętego języka nie ma w Ezekielu chyba żadnych cech, które predestynowałyby go do wykonywanego "zawodu". Jak na osobę obdarzoną zdolnościami magicznymi, zaopatrzoną w świetną broń i mającą za sobą jakieś tam dość byle jakie wstawiennictwo Góry,  i do tego podobno zaprawioną w ulicznych, brudnych bójkach, Ezekiel wyjątkowo często dostaje bęcki. Co tam bęcki, on dostaje porządny wpierdol! I to taki, który i śmiercią się kończy. Tutaj pojawia się motyw odradzania, moim nieskromnym zdaniem mocno naciągany i niezbyt potrzebny, wystarczyłoby po prostu uczynić Ezekiela mniejszą pierdołą. Ale dobra, nie moja piaskownica, nie moje zabawki, nie jest ważne to, co JA zrobiłabym z taką postacią. Jak zechcę to sobie napiszę swoje postapo i swojego bohatera, który będzie na wskroś superświetny.
Ezekiel taki nie jest. Jest dupkiem, któremu się ani współczuje, ani kibicuje, koleżką o nieokreślonej powierzchowności i nieokreślonym charakterze, dość bezmyślnie wypełniającym rozkazy i wygłaszającym przekonania, które przeczą jego przekonaniom. Taki antybohater idealny w zasadzie, i pewnie o to chodziło, a ja się po prostu nie znam.
A postaci barwnych nie brakuje, oj, nie! Miałam nawet wrażenie, że tworzenie coraz to nowych postaci, jak w RPG, obwieszanie ich bronią, ubieranie w sandałki i tuniki, było największą rozrywką autora podczas pisania tej powieści. Jak dla mnie połowa z nich w ogóle nie była do niczego potrzebna, ale może się jeszcze przekonam w tomie drugim? W każdym razie Stratilata to zdecydowanie mój ulubieniec!
No i dochodzimy teraz do sprawy zasadniczej - do fabuły. Do czego? No właśnie... To ciągle jest planszówka, jak "Ołowiany..." Ot, chodzi koleś z miejsca na miejsca, po drodze zbierając jakieś przedmioty, zabijając kogo się tylko da, spotykając od czasu do czasu jakiegoś dodatkowo punktowanego potwora. No niby ma tam jakiś cel, idzie dokądś i usiłuje rozwikłać jakąś tam zagadkę czy zemścić się za jakieś tam krzywdy z przeszłości, ale niknie to wszystko w tym łażeniu i zabijaniu, w tym zbieraniu pochowanych w woreczkach, spreparowanych części ciała, w tym przemieszczaniu się z jednej planszy na drugą: tu pustynia, tu wioska, tu twierdza. Ot, jak to w grze komputerowej. Acha, i jak coś się nie uda, to giniesz, a potem zaczynasz od początku na starcie. No chyba, że właśnie O TO AUTOROWI CHODZIŁO. No to sorry, jeśli tak, to szacun! Ktoś tam napisał gdzieś, że to taka "powieść drogi", ale jestem prawie pewna, że w powieści drogi chodzi raczej o duchową podróż bohatera, a nie o to, że on bez przerwy gdzieś łazi, albo konno jeździ.
I to w zasadzie wszystko, co mam do napisania na temat "Komornika". Mogłabym się jeszcze wprawdzie czepić jakichś szczegółów, że bohater ma na tyłku tunikę, a wpadając w dziurę w moście rwie sobie nogawkę i takie tam, ale nie bądźmy drobiazgowi. Generalnie czytało się fajnie, a to najważniejsze. To powieść, która ma dostarczać rozrywki i mnie dostarczyła już samym widokiem naklejki patrona na okładce! Że też jeszcze żaden prezio nie kazał autorowi zeskrobać tych naklejek osobiście z każdego egzemplarza! 
Podsumowując: "Komornik" to fajna, spływająca płynami ustrojowymi, męska literatura, niezbyt subtelna, za to umiejętnie żonglująca ironią i pełna humoru, mimo ewidentnie pesymistycznego wydźwięku. Czekam na ciąg dalszy, a w zasadzie idę już sobie go nabyć, gdyż część druga przygód patałacha Ezekiela jest już dostępna. Szczególnie jestem ciekawa losów Azraela, bo postać anioła jest moim zdaniem warta uwagi bardziej, nie postać głównego bohatera. Który w końcu zginie raz na zawsze, taką mam nadzieję!

No i imię to ukłon w stronę "Pulp Fiction" am I right??

Za możliwość przeczytania książki dziękuję sobie, gdyż sama ją kupiłam w pełnej okładkowej cenie. Acha, no i okładka bardzo fajna, te wszystkie nabłyszczenia i wybrzuszenia, bajery pompujące ego autora, no fajno fajn!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz