czwartek, 10 sierpnia 2017

CZYTAM WYBIÓRCZO - "Ani żadnej rzeczy", "Która jego jest" Sandra Borowiecky


     


     Przez ostatnie kilka miesięcy, a jak się okazało, to już prawie dwa lata, okładka z odciętą dłonią przewijała się przez moją niekończącą się ścieżkę w dół na facebooku często. Potem częściej. W końcu tak często, w towarzystwie okładki tomu drugiego, że zaczęłam z uwagą śledzić wpisy autorki, i - jak się szybko przekonałam - self-publisherki, i to nie takiej, która z nudów/niewiedzy/braku innej opcji/wyboru postanowiła zapłacić "wydawcy" i dać się orżnąć, jak to się stało w milionie innych przypadków. Pani Sandra założyła własne wydawnictwo, wzięła na siebie WSZYSTKO, co często i szczerze opisuje w fejsowych postach, czyli poświęciła całe życie na to, by jej powieści mogły konkurować w bestsellerami najpoczytniejszych rodzimych autorów.
  Dlaczego po prostu nie wysłała manuskryptu do tysiąca wydawnictw i nie poczekała, aż ktoś łaskawie przyjmie jej dzieło do wydania na nędznych warunkach? Może dlatego, że jego treść ciężko jest porównać do treści wspomnianych bestsellerów? Może dlatego, że ta treść jest niewygodna dla kogoś wysoko, wyżej, najwyżej? Może dlatego, że powieść, mimo tego, że zdecydowanie rozrywkowa, porusza tematy, których nikt inny nie waży się trącić nawet kijem?
     Dlaczego nie piszę o treści? Dlaczego nie piszę o bohaterce i jej perypetiach? Dlaczego nie analizuję konstrukcji, rozwiązań fabularnych, dlaczego nie zastanawiam się głośno, kto zabił, dlaczego??
     Dlatego, iż uważam, że ważniejsze od treści jest to wszystko, co dzieje się wokół powieści Sandry Borowiecky. Autorka rozpętała ogólnokrajową, a może już międzynarodową debatę na temat zagrożeń faszyzmu odradzającego się w Europie. Że niby nieistotne? Że ONRowskie hordy kroczące sprężyście po ulicach naszych miast przy okazji każdego narodowego święta to taki pikuś? W obliczu tego, co dzieje się teraz w naszym kraju uważam, że to wcale nie pikuś. Mam wrażenie, że dla Sandry Borowiecky wydanie powieści było tylko iskrą, mającą zwrócić uwagę opinii publicznej na to bagatelizowane zagrożenie i rozpalić ją do czerwoności. Zanim będzie za późno. 
     Wolę nie pytać, co w tych powieściach jest fikcją, a co wydobytymi na światło dzienne koszmarami i wspomnieniami ludzi, którzy wyrwali się ze szponów holocaustu. Nie chcę wiedzieć, bo niektóre ze scen są tak potworne, iż gdyby okazały się prawdziwe, spowodowałyby, iż zwątpiłabym ostatecznie w nasze człowieczeństwo. Minęło niemal sto lat od tamtych wydarzeń, a my, jako gatunek, jako społeczeństwo, nie wyciągnęliśmy z nich żadnej lekcji. Mało tego, zaczynamy przekłamywać historię i może zdarzyć się tak, że nasze dzieci i wnuki poznają "inną prawdę" o wojnie. Prawdę, którą będzie można sprokurować wówczas, gdy ostatni świadkowie zejdą z tego świata. Czyli całkiem niedługo.
     Jesteśmy prostymi mechanizmami, pozwalającymi sobą manipulować. Media, product placement, kolorowe wystawki w galeriach handlowych i telemarketerzy, mamy z tym styczność każdego dnia i spowszedniało nam to już do tego stopnia, że nawet tego nie zauważamy. A co, jeśli zostaniemy zmanipulowani do tego stopnia, iż gotowi będziemy rozpętać kolejna wojnę? A co, jeśli to już się dzieje? Czytając powieści miałam to nieustannie z tyłu głowy. I wiem, iż nie powstały one wyłącznie po to, żeby dostarczyć rozrywki czytelnikowi, lecz aby zmusić go do myślenia, do rozpoznania pewnych kwestii, których ważkości zdaje się nie zauważać. Choćby dlatego życzę autorce powodzenia i wytrwałości, tego, aby jej reporterskie zacięcie przetrwało w morzu miałkości i trywialności, jakim zalany jest nasz rynek wydawniczy. Jej głos jest zbyt ważny, aby pozwolić jej utonąć.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Autorce. Przez nią myślę, więcej, niżbym chciała................

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz