wtorek, 23 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 6

30 września
niedziela
20:00

Patrzyła na pierzaste liście paprotki od godziny, choć w pokoju było już niemal zupełnie ciemno. Z ulicy wpadał mdławy blask latarni, a radio w kuchni szeleściło niemrawo, sącząc jakąś listę przebojów, której słuchała od dwudziestu lat z okładem.
Kupiła kwiatek rano, pod wpływem jakiegoś irracjonalnego impulsu, gdy wracała z osiedlowego sklepiku z mlekiem i bułkami w torbie. Kwiaciarnię otwarto niedawno, w oknie wystawowym piękniły się wielopędowe storczyki i inne wymyślne ikebany; ale jeśli szło o paprotki to wyboru nie było. Asymetrycznie ostrzyżona florystka tylko uniosła brwi zdziwiona i przyniosła z zaplecza doniczkę, która chyba zaplątała się przez przypadek w dostawie egzotycznych epifitów.
Adela nie zapytała nawet, jak często trzeba kwiat podlewać, w końcu zamierzała zalać go wódą, którą kupiła w otwartym non stop monopolowym i wrzuciła do siatki z bułkami. Ale gdy już wtarabaniła się na trzecie piętro (winda znowu wysiadła…) i rozpakowała zakupy, przeszła jej ochota na wygłupy. Pomysł z wlewaniem wódki do rośliny wydał jej się idiotyczny.
Sącząc poranną, mleczną kawę chodziła po mieszkaniu w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na doniczkę. Prawie do południa przestawiła ją bodajże z dziesięć razy, po czym siadała i wpatrywała się w kwiat, jakby był istotą z innej planety. Dlaczego przestała trzymać w mieszkaniu rośliny? Pewnie dlatego, że w ogóle o nie nie dbała i wszystkie, które kiedykolwiek dostała w prezencie, lądowały zasuszone w zsypie.
Wpatrywanie się w plamę zieleni przywoływało przeróżne wspomnienia, chociaż wszystkie z nich były bure, szare lub smoliście czarne. Usiłowała przypomnieć sobie jakieś momenty szczęścia, ale oprócz kilku prywatek ze Stefanem i pewnego Sylwestra z lat siedemdziesiątych nie potrafiła niczego takiego przywołać. Gdzieś tam migały wspomnienia wypraw z rodzicami do kawiarni, ale była prawie pewna, że akurat te były wymyślone.
Gdy leżała skrępowana pasami na szpitalnym łóżku, albo siedziała zakutana w kaftan, miała dużo czasu na snucie wspomnień, na wymyślanie ich takimi, jakimi naprawdę powinny być. Robiła to jednakże w jakiś irracjonalny sposób: wszystko to, co faktycznie było przyjemne, zniekształcała tak, aby wypaczyło się w traumatyczny koszmarek. Tym sposobem nadwrażliwy Stefan, który troszczył się o nią i o ich nienarodzone dziecko, stał się potworem, który doprowadził do jego śmierci, do jej zamknięcia w psychiatryku, a potem do rozwodu. A przecież to ona była temu winna. To ona piła, to ona się cięła, to ona wszczynała awantury i okładała męża pięściami. A teraz próbowała wmówić sama sobie, że to w nim tkwiło całe zło.
Westchnęła ciężko i spojrzała na nietkniętą butelkę wódki stojącą od rana na stole. Bursztynowy płyn połyskiwał w blasku latarni.
A może by tak jednak się napić? Tylko kieliszeczek…?
Znała się jednak zbyt dobrze, wiedziała, że na jednym kieliszeczku by się nie skończyło. Wydoiłaby całą butelkę, a potem poturlała się do monopolowego po więcej. Tylko tym razem nie byłoby przy niej Stefana, który wyłuskałby ją z zarzyganej pościeli i wrzucił do wanny.
Ciekawe, co się z nim teraz działo?
Przez lata wmawiała sobie, że nic ją to nie obchodzi, i początkowo faktycznie tak było. Po rozwodzie wyjechał gdzieś za granicę, do Szwecji czy Szwajcarii, a może do Finlandii? Nie wiedziała, jak udało mu się zdobyć potrzebne dokumenty, przebić za żelazną kurtynę i dotrzeć tam, gdzie nigdy nie miała go znaleźć. Czy był szczęśliwy? Czy ułożył sobie życie z jakąś wysoką, białowłosą Ingrid, która nie miała nałogów? Z jakąś Kirsti, której fiordy jadły z ręki? Przez lata nie kontaktowała się z siostrą, od dekady prawowitą obywatelką Kanady, jedyną osobą, która mogła wiedzieć, gdzie się podział Stefan, czy w ogóle jeszcze żył. Dawno temu podarła kartkę z zagranicznym numerem siostry.
Pogodziła się z myślą, że być może już nigdy się nie spotkają. Zresztą, niespecjalnie się lubiły. Ba! Przez całe życie nienawidziła ułożonej prymuski, pedantycznej, sztywnej jak kij od szczotki ulubienicy rodziców. Bo że kochali ją bardziej, to wiedziała na pewno, choć nie zapytała ich o to nigdy, a teraz mogła co najwyżej porozmawiać z ich mogiłami.
Na cmentarzu nie była od kilku lat.
Jak to się stało, że stała się taką zasuszoną mumią? Dlaczego odcięła się od rodziny, tych kilku koleżanek, dlaczego po rozwodzie ze Stefanem nigdy nie spróbowała nawet pójść na randkę, choć mężczyźni zerkali na nią łakomie zanim się tak haniebnie zapuściła?
Nie miała nawet kota, choć pewnie i jego zasuszyłaby jak doniczkowe kwiatki.
Prawda była taka, że Adela nienawidziła przede wszystkim siebie. Początkowo było to tylko niskie poczucie własnej wartości, potem niechęć, a w końcu nienawiść do własnej osoby, która sprawiła, że zaczęła się kaleczyć. A potem było już tylko gorzej, staczała się w dół spiralą samozagłady z której nie było ucieczki.
Ktoś taki nie zasługiwał na drugą szansę, ani na żadną kolejną.
Ktoś taki zasługiwał co najwyżej na paprotkę w doniczce.
Podniosła się z wersalki i podeszła do okna, zerkając na opustoszałą ulicę. Latarnie rzucały na zroszony deszczem chodnik kręgi pomarańczowego światła, gdzieś wył samochodowy alarm, a spiker w radio zapowiadał piąte miejsce na liście przebojów.
Zdawało jej się, że pod jedną z latarni majaczy znajoma męska sylwetka, ale musiało to być przywidzenie. Nikt normalny nie wystawałaby w deszczu w niedzielny wieczór.
           Nawet nienormalny stalker.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz