środa, 4 grudnia 2019

Kroniki Jamesona - rozdział IX



IX

Obudziło mnie skrzypnięcie drzwi.
Uniosłem mętny wzrok, spodziewając się ujrzeć znaną mi już pokojówkę, jednak u szczytu schodków stała zupełnie inna kobieta.
Kobieta tak piękna, że aż żachnąłem się, jakby z przestrachem, poczułem onieśmielenie i niezdarnie wstałem z sofy, chwiejąc się od ulatującego snu.
Śniło mi się, że unoszę do ust cieniutki, biały warkoczyk, a moja dłoń wędruje w górę po chłodnym, skrytym pod wykrochmalonym uniformem udzie.
W panice spostrzegłem, że tematyka mojego snu była aż nadto widoczna.
I eteryczna piękność, która chyba zagubiła się podczas wędrówki po pałacowych korytarzach, również to widziała. Jej duże, ciemne oczy spoglądały w dół na mój rozporek, a na pełnych, ukarminowanych wargach igrał ironiczny uśmieszek.
Jak widzę, lord Huntington ukrywa niespodzianki dla nas w najróżniejszych zakamarkach swojej posiadłości… – rzekła głębokim, dźwięcznym głosem, nieco ochrypłym, przywykłym do wydawania poleceń.
Nie wiedziałem, co mogła mieć na myśli.
Nie odezwałem się, bo przecież o nic mnie nie pytała.
Najdziwniejsze zdało mi się to, że była odziana jedynie w bieliznę i najwidoczniej nie wstydziła się paradować w tak skąpym stroju. Cóż ja jednak wiedziałem o damskiej bieliźnie? A tym bardziej o bieliźnie arystokratki, którą przecież musiała być? A może nie? Może była po prostu luksusową kurtyzaną? Może młody panicz lubił się zabawić z klasą, bez ryzyka przyłapania w burdelu?
Chłonąłem wzrokiem strzępki koronek, jedwabi, muślinów, czy czegokolwiek, z czego był zrobiony okrywający ją peniuarek i powłóczysta, delikatna jak pajęczyna koszula, przez którą mogłem dojrzeć jej ponętne kształty, gdy stanęła w dłuższej o tej porze smudze pomarańczowego światła, padającego z okienka. Przez chwilę leniwie przechadzała się po pomieszczeniu, dotykając sprzętów, rozglądając się, jakby czegoś szukała, po czym zatrzymała się raz jeszcze w plamie blasku, być może nie zdając sobie sprawy z tego, że dzięki temu widziałem ją aż nazbyt wyraźnie, a może właśnie doskonale o tym wiedziała. Leniwym gestem usiłowała uporządkować długie, ciemne włosy. Efekt był oczywiście odwrotny, rozsypały się po jej na poły obnażonych ramionach jeszcze ponętniej, a ja z przerażeniem zauważyłem, że zamieszanie pod moim rozporkiem rośnie.
Do kolacji jeszcze dwie godziny, a ja naprawdę zgłodniałam… – rzekła, bezczelnie patrząc mi w oczy. – Widzę jednakże, że być może uda mi się zaspokoić apetyt, zanim pozostałe damy zgarną co smakowitsze kąski…
O czym ona, do diabła, mówiła? I dlaczego snuła się półnaga po kwaterach dla służby?
Gdy już na dobre otrzeźwiałem, zaśmiałem się w duchu z własnej naiwności.
Przypomniałem sobie wszystkie pikantne opowiastki Mairy o rozwiązłych damach i brudnych prześcieradłach. Przełknąłem głośno ślinę, gdy kobieta podpłynęła do mnie, pozwalając peniuarkowi zsunąć się z ramion.
No więc? – zapytała, dotykając szczeciny na mojej twarzy, a ja natychmiast zawstydziłem się tego, że nie wpadłem na pomysł porządnego ogolenia się w porannej kąpieli.
Postąpiła krok do przodu, niemal przylgnęła do mnie, a ja zachwiałem się, opadając z powrotem na sofę.
Zaśmiała się dźwięcznie, rozbawiona moim przestrachem.
No proszę! Nie wyglądasz na świętoszka! Czyżbyś bał się zniszczyć moje koronki? Nie martw się, mam ich pełne szuflady!
Zawahałem się, ale przecież nie mogłem jej odmówić, nie mogłem zrzucić jej z kolan! Podwijała koronkową koszulę, a ja czułem narastające podniecenie i jednocześnie panikę.
A co, jeśli lord Huntington przysłał ją, by mnie przetestować? By sprawdzić, jak zachowam się w tak kuriozalnej sytuacji? Co powinienem zrobić? Pozwolić tej nimfie mnie wykorzystać, czy raczej przeprosić ją i odprowadzić do pałacu?
Albo uciec.
Ona najwidoczniej nie miała takich skrupułów.
Poczułem delikatne dłonie majstrujące przy moim rozporku, a potem gorące wnętrze jej ciała. Zamruczała jak kocica, dosiadając mnie. Rozkosz zacisnęła mi szczęki.
Co taki rosły mężczyzna robi tutaj sam, bez pożytecznego zajęcia? – zapytała między przeciągłymi westchnieniami. – Dlaczego nie oporządzasz koni, które jutro pociągną mój powóz?
Odpowiedziałem jej zduszonym jękiem.
Dlaczego nie skórujesz królików na potrawkę?
Co…?
Dlaczego nie odrąbujesz głów kapłonom?
Co?
Dlaczego nie szlachtujesz jagniąt??
CO??
Te makabreski najwidoczniej coraz bardziej ją podniecały, gdyż jej biodra nabrały rozpędu, ujeżdżała mnie posuwistymi, wprawnymi ruchami i w momencie, gdy poczułem spełnienie, krzyknęła boleśnie, przylgnąwszy obnażonymi piersiami do mojej rozgrzanej twarzy.
Pachniała obłędnie, zapachami, których nie byłem w stanie nazwać, a jej gorąca, słonawa skóra była delikatna jak rozgrzane słońcem brzoskwinie.
Odchyliła się do tyłu, przytrzymując mojej szyi i westchnęła przeciągle, po czym otworzyła oczy i zsunęła się z moich kolan.
Po chwili znowu stała nade mną, a ja gapiłem się na nią bezmyślnie, moja pierś unosiła się ciężkim oddechem.
Co tu się przed chwilą stało??
Przepraszam panią… – wydukałem, gramoląc się na nogi i pakując przyrodzenie do spodni drżącymi rękami.
Uśmiechnęła się tylko nieznacznie i sięgnęła białą dłonią między swoje uda.
Nie przepraszaj! – rzekła chropawym głosem, po czym dotknęła mojej twarzy ociekającymi wilgocią palcami. – Podziękuj!
Dziękuję, pani! – odrzekłem posłusznie, patrząc, jak wchodzi po schodach, naciągając na ramiona koronkowy peniuarek, potrząsając grzywą włosów.
Zniknęła za drzwiami, a ja stałem, osłupiały, w spowitym krwawym blaskiem zachodu saloniku, jakbym wciąż był w jej gorącym, pulsującym wnętrzu.

wtorek, 3 grudnia 2019

Kroniki Jamesona - rozdział VIII


VIII

Gdy tylko wkroczyłem do okalającego zamek parku, poczułem się jak we śnie.
Zdawało mi się, że ptaki śpiewają tu głośniej, i zadarłem głowę, kiedy przechodziliśmy pod potężną kopułą splecionych nad naszymi głowami jeszcze niemal nagich gałęzi dębów, chcąc dostrzec krzykaczy, nie było ich jednak w niedających schronienia koronach. Dopiero gdy podeszliśmy bliżej przytłaczającego ogromem budynku, moim oczom ukazała się wbudowana w boczną ścianę lewego skrzydła oranżeria. To z klatek rozwieszonych pośród bujnej tropikalnej roślinności, widocznych przez szeroko otwarte na ciepłą wiosenną aurę odrzwia, dobiegał ten natrętny, ale osobliwie piękny świergot. W słońcu migotały łączone ołowiem szklane panele, migotało bajecznie kolorowe upierzenie ptaków, migotały egzotyczne kwiaty zawieszone jakby w powietrzu na tle soczyście zielonej ściany. Zaciągnąłem się upojnym zapachem dobiegającym od pomieszczenia, gdy mijaliśmy je podążając w stronę wejścia dla służby.
Dęby zostały za nami, przed domem rozpościerał się szeroki podjazd dla wozów. Na podwórzu trwała zwyczajna za dnia krzątanina: ktoś odprowadzał do wozowni konia, gdzieś z ukrytej w suterenie kuchni dobiegało pobrzękiwanie utensyliów. Dwóch młodych chłopaków pospiesznie przecięło nam drogę, niosąc powiązane za nogi, szamoczące się kuraki. Na wewnętrznym dziedzińcu wyładowywano z wozu ustrzeloną zwierzynę, jakby rano odbyło się grupowe polowanie. Jakiś zagubiony ogar kręcił się między kołami, pojękując tęsknie i zlizując skapującą na klepisko posokę.
Na wewnętrznym podwórcu było rojno jak w ulu.
Co tu się dzieje? – zapytałem odruchowo, wiedziony czysto dziecięcą ciekawością.
Szykujemy się do pierwszego wiosennego przyjęcia plenerowego – odpowiedział lokaj równie naturalnie, jakbym po wejściu na grunty lorda Huntingtona stał się kimś zaufanym. – To będzie barbecue w stylu amerykańskim.
Barbekiu w stylu amerykańskim… – wymruczałem pod nosem, przedrzeźniając go, na poły rozbawiony, na poły zaintrygowany.
Zakładam, że nigdy nie był pan na barbecue? – rzekł lokaj z przekąsem, rzucając mi spojrzenie przez ramię. – A tym bardziej na balu charytatywnym… Lord wspiera sprawę amerykańską. Cały dochód pójdzie na konfederackie wdowy.
Przesiedziałem amerykańską wojnę w pierdlu i mało mnie obchodziły jej ofiary. Wpuszczałem słowa lokaja jednym uchem, a wypuszczałem drugim, bardziej zajęty obserwacją krzątających się wokół ludzi. Nas, plebejuszy, nie obchodziły konfederackie wdowy, musieliśmy zatroszczyć się o to, by mieć co włożyć do własnych garnków.
Mój przewodnik nie zwolnił, lawirując między zajętymi robotą ludźmi. Nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Sądząc po rozmiarach przygotowań, na przyjęcie zaproszono setkę gości. Albo i dwie.
Obeszliśmy główny budynek i doszliśmy do kwater służby. Czułem rozczarowanie tym, że nie wprowadzono mnie do pałacu, ale w końcu nie byłem przecież nikim znaczącym, podałem się za rzemieślnika, który przyszedł ze sprawunkiem, nie musiał więc być przyjmowany z honorami.
Zeszliśmy po schodkach tuż obok jatki, z której pobrzmiewały rozpaczliwe pokrzykiwania zarzynanych zwierząt. Najwidoczniej lordowi Huntingtonowi zależało na wyjątkowej świeżości mięsa. Bliskość pomieszczenia, umieszczonego tuż obok kwater, była jednak dość osobliwa.
Przypomniałem sobie o bzdurach, których naopowiadał mi Moses i wyobraziłem sobie młodziutkiego panicza w koszuli zbryzganej krwią, szalejącego wśród dogorywających zwierząt i chłepczącego posokę wprost z ich ran.
Wizja była tak sugestywna, że aż przystanąłem.
Co się ze mną działo, do diaska? Dlaczego każda myśl o Huntingtonie kończyła się napadem lęku albo wybuchem tak dziwacznych, niedorzecznych wyobrażeń? Młody lord jak widać lubił się bawić i zapewnić swoim gościom poczęstunek najlepszej jakości. Nie było nic dziwnego w tym, że zwierzę przed przyrządzeniem należało zabić i oprawić.
Czy kanibale zabijali swoje ofiary, czy pożerali je żywcem?
Potrząsnąłem głową, jakbym usiłował odegnać natrętną, chcącą wpełznąć do oka muchę. Dostrzegłem cały ich rój unoszący się u wejścia do jatki, przez które właśnie przepychano opierającego się, rozpaczliwie beczącego barana i pognałem za lokajem, którego szarfa zniknęła już w ciemnej niszy u podnóża schodów.
Zaczeka pan w saloniku służby domowej. Nie widzę przesłanek, by wprowadzać pana do głównego budynku dopóki lord nie potwierdzi zlecenia.
Nie widział przesłanek, też mi coś! Prychnąłem lekceważąco pod nosem, gdy wskazał mi wyblakłą sofę w kącie dość obszernego pomieszczenia, w którym domowa służba mogła zaczerpnąć oddech między obowiązkami. Wszyscy byli zajęci, gdyż na pierwszy rzut oka salonik był pusty.
Usiadłem niepewnie, a majordomus po prostu wyszedł, zostawiając mnie samego.
Niezupełnie samego.
W smudze światła padającej z umieszczonego pod sufitem okienka siedziała odziana w wykrochmalony uniform pokojówka, promienie słońca padały na trzymany przez nią na kolanach tamburek. Łatała dużą serwetę, która kaskadą spływała z jej kolan i wydało mi się to niedorzeczne w obliczu legend o nieprzebranym majątku Huntingtona. Po co miałby zlecać łatanie czegokolwiek, skoro mógł sobie pozwolić na wszystko? Nie łatwiej było po prostu wyrzucić zużytą bieliznę czy obrusy?
To mnie uspokaja – rzekła dziewczyna bezbarwnym głosem, jakby odczytując moje domysły.
I rzeczywiście, wyglądała jak oaza spokoju, jak biała dama, półprzejrzysta i delikatna, o cieniutkich nadgarstkach i opadającym na ramię równie cienkim, prawie białym warkoczu. Jej oczy także były bezbarwne i wodniste.
Wzdrygnąłem się na dźwięk jej głosu.
Jest pan nowym koniuszym? – zapytała cicho, wracając do przerwanej robótki.
Nie – odrzekłem automatycznie.
Stangretem?
Nie.
Pokojowcem?
Też nie.
Och – powiedziała do robótki, jakby nagle straciła całe zainteresowanie moją osobą.
Albo zdała sobie sprawę z tego, że byłem przeznaczony do czegoś innego. Do czegoś, o czym nie należało głośno mówić, czym nie należało się interesować.
Zerwałem się na dźwięk dzwonka, który poruszył się gwałtownie gdzieś za moimi plecami i przerwał zaległą ciszę natarczywym brzękiem.
Dziewczyna uniosła się spokojnie, odłożywszy robótkę i podążyła po schodkach w górę, drzwiami, które, jak podejrzewałem, prowadziły do korytarza łączącego pomieszczenia służbowe z głównym budynkiem.
Zostałem sam, z bijącym sercem, wpatrzony w plamę światła, w której jeszcze przed chwilą siedziała i tańczące w promieniach wpadających przez okienko drobinki kurzu.
Coś dziwnego działo się w tym domu, czułem to. Całe to miejsce, ogród, podwórze, dom, spowijała jakaś aura tajemniczości, jakaś zmowa milczenia. Ludzie zdawali się mnie nie zauważać, gdy przemierzałem otwartą przestrzeń, odwracali wzrok, jakbym był niby ten prowadzony na rzeź baran, z którym trzeba rozprawić się bez zbędnych ceregieli i o nim zapomnieć, traktować go jak posiłek, którym będą rozkoszować się goście, mimo tego, że przecież wciąż jeszcze żył.
Drzwi skrzypnęły cicho i eteryczna służka wróciła, niosąc tacę z poczęstunkiem dla mnie: kawałkiem sera, chlebem, kubkiem gorącej herbaty i pintą piwa. No cóż, najwidoczniej gości będących tylko usługodawcami lord niezbyt rozpieszczał. Ale czego się spodziewałem? Że poczęstuje mnie najwyborniejszym winem ze swojej piwnicy?
Dziewczyna postawiła tacę na stoliku i zniknęła.
Czy miałem tu siedzieć sam jeszcze przez kilka godzin? Na to wyglądało.
A gdybym tak podążył za nią do głównego budynku i nieco się rozejrzał przed zapadnięciem ciemności? Czy zwrócono by na mnie uwagę, skoro wszędzie wokół trwały przygotowania do przyjęcia i po obejściu kręciły się dziesiątki osób? Z pewnością tak samo gwarno było i w domu, słyszałem szmery, pospieszne odgłosy stóp i wykrzykiwane komendy gdzieś wyżej i wokół mnie. Czułem się jak we wnętrzu ula.
Nie wszyscy krzątający się ludzie mieli na sobie te niedorzeczne domowe barwy, zauważyłem kilku mężczyzn którzy niewiele różnili się ode mnie. Może mógłbym przespacerować się po domu, markując jakieś zajęcia? W końcu ta dziwna pokojówka wzięła mnie za stangreta. Albo koniuszego. Gdy wspomniałem jej pytania, odruchowo pociągnąłem nosem sprawdzając, czy przypadkiem nie sugerowała się zapachem. Rano wypucowałem się na błysk, nie mogłem przecież wejść na salony lorda faktycznie woniejąc jak koniuszy!
Tylko jak wytłumaczyć obecność koniuszego na salonach?
Siorbnąłem łyk słabego piwa i obróciłem w palcach bryłkę sera, jednak nie skosztowałem go. Nie byłem głodny, spragniony też nie, ale chciałem nieco zalać nerwy, którym czekanie nie służyło. Przez moją głowę znowu zaczęły przewijać się wytłumaczenia mojej obecności w tym domu, które przecież musiałem przedstawić lordowi, o ile w ogóle pozwolą mi stanąć przed jego obliczem.
W pewnym momencie, gdy po jakiejś godzinie zacząłem przysypiać, ukołysany dobiegającym zewsząd szemraniem, szuraniem i stłumionymi pokrzykiwaniami służby, przyszło zdziwienie łatwością, z jaką wpuszczono mnie do posiadłości. W końcu byłem obcy, a tymczasem siedziałem nie niepokojony przez nikogo, faktycznie mogłem zacząć kręcić się po domu, być może nawet zakraść się do pokojów gospodarza. Czy ktoś pilnował jego kwater? Pewnie nie, przecież Huntington nie był królem, na którego życie ktoś mógłby czyhać! Z moich dotychczasowych z nim doświadczeń wynikało raczej, że młody lord nie bał się zamachowców, a wręcz przeciwnie – wychodził niebezpieczeństwu na spotkanie, jak drapieżnik w noc.
Czy teraz siedział zaszyty w jakimś ciemnym kącie, czekając na zmrok? Czy leżał bez sił na szezlongu w pokoju o szczelnie zasłoniętych oknach, wsłuchując się w tykanie zegara i odliczając minuty do momentu, w którym mógł opuścić bezpieczne schronienie? A może chodził po jakimś saloniku w tę i z powrotem, jak uwięziona w menażeryjnej klatce pantera?
I co to ogóle była za tajemnicza choroba?
Naoglądałem się różnych okropieństw w mamrze i na ulicach, ale o przypadłości, która zmuszałaby kogoś do krycia się w ciemnościach wcześniej nie słyszałem. Cóż, z pewnością był to jakiś drażliwy stan, właściwy delikatnym, błękitnokrwistym paniczykom.
Tylko że Edgar Francis Huntington Trzeci nie był żadnym wydelikaconym paniczykiem, o tym już się przekonałem. I w miarę leniwego upływu godzin stawałem się coraz bardziej zdeterminowany, by odkryć, kim był tak naprawdę.
Myśli przychodziły i odchodziły, coraz bardziej niedorzeczne, przeplatane niepokojącymi wizjami ciemnych zaułków i kałuż krwi na bruku, aż w końcu zapadłem w niespokojną, płytką drzemkę.


sobota, 30 listopada 2019

Kroniki Jamesona - rozdział VII


VII

Stałem przed potężną bramą z kutego żelaza, naprzemiennie podziwiając misterną robotę kowala i zerkając na maleńką postać lokaja, zbliżającego się do mnie wysypaną jasnym żwirem dębową aleją. Droga była szeroka, przystosowana dla powozów, które podobno całymi tuzinami zjeżdżały do posiadłości przy okazji sławnych na pół Europy balów lorda Huntingtona.
I orgietek.
O tych ostatnich Maira opowiadała z wypiekami, dopóki nie dowiedziała się o moim domniemanym zatrudnieniu w posiadłości. Teraz syczała tylko przez zęby, jakby podejrzewała, że moją pracą jest zbieranie z sof i szezlongów wyciągniętych spod Huntingtona i jego gości, wymęczonych rozkoszą prawie na śmierć dam.
Nie potrzebowałem jej zazdrości.
W łóżku starałem się bardziej niż zwykle, chcąc dać jej do zrozumienia, że jest jedyną, której przyjemność i satysfakcja mają dla mnie znaczenie. Próbowałem wszystkich sztuczek, o których naopowiadała jej Kiki, choć niektóre z nich był dość kuriozalne i sam nigdy nie wpadłbym na to, jaki mogą odnieść efekt.
Oczywiście wciąż podtrzymywałem wersję, że zajmuję się lordowskim rozarium i żeby ją uwiarygodnić zanurzałem ręce w żywopłoty, nabawiając się sugestywnych skaleczeń.
Czy Maira naprawdę sądziła, że położyłbym się na jakiejś arystokratce? Po pierwsze nie miałbym śmiałości, nie tylko w obawie przed konsekwencjami – choć podejrzewałem, że takie damy miały swoje sekretne sposoby na pozbywanie się owych konsekwencji – a po wtóre dlatego, że faktycznie zależało mi tylko na niej.
Do moich uszu dobiegł pospieszny chrzęst kroków na żwirze alejki. Swoją drogą skąd wiedziano, że przybyłem? Czy na jednej z wieżyczek siedział ktoś z lunetą i wypatrywał przybyszy? Może o taką właśnie posadę mógłbym się ubiegać? Najwidoczniej była już zajęta, gdyż sylwetka majordomusa pojawiła się na ścieżce gdy tylko usłyszałem za plecami cmokanie odjeżdżającego stangreta.
Lokaj miał na sobie krzykliwą liberię w czarno–czerwone pasy, przepasany był szmaragdową wstęgą w złowieszczym kolorze oczu lorda, który zapamiętałem z naszego spotkania na ulicy, choć wcale nie byłem pewien, czy sylwetka arystokraty nie była tylko majakiem. Wzdrygnąłem się na myśl o tym, że i ja mogłem zostać wkrótce podobnie oflagowany. Czy faktycznie byłem gotów założyć na siebie tak niedorzeczny mundurek?
Wszystko zależało od tego, ile by mi za to zapłacono. Ta myśl pojawiła się nagle, choć w drodze do pałacu byłem przekonany, że moja duma, spuchnięta nieproporcjonalnie do mojej nikłej pozycji społecznej, nie pozwoliłaby mi na takie przebieranki.
Jechałem kolasą wśród zieleniejących pól i pokrywających się żółtym, wiosennym kurzem młodych pąków wierzbowych witek, gotów negocjować z lordem Huntingtonem warunki mojego zatrudnienia. Słońce stało już dość wysoko, skowronki darły się nad pastwiskami, a moja głowa pełna była butnych zdań i bezczelnych pomysłów na to, w jakim to charakterze miałbym zostać zatrudniony.
Teraz, gdy kolasa odjechała, a ja stałem sam przed bramą, patrząc na majaczącą w oddali bryłę pałacu, wszystkie te myśli wyparowały i czułem po prostu jakiś trudny do nazwania lęk przed wygłupieniem się, choćby przed tym durnym lokajem, który truchtał w moją stronę.
Grunty były tak rozległe, że i on mógłby podjechać do mnie kolaską, zamiast drobić śmiesznie odzianymi w białe pończochy nogami.
Brama była zamknięta na wielką kłódę.
Pan w jakim charakterze? – spytał lokaj, mierząc mnie taksującym spojrzeniem.
Pragnę zobaczyć się z lordem Huntingtonem – odrzekłem, maskując zdenerwowanie pewnym siebie tonem.
Przez twarz lokaja przemknął jakiś pogardliwy grymas, jakby widywał już u bramy wielu takich desperatów jak ja, chcących uszczknąć co nieco z majątku młodego dziedzica, albo przynajmniej rozejrzeć się po jego osławionej posiadłości.
Zakładam, że nie był pan umówiony, skoro przybywa o tak nietypowej porze?
Nie zrozumiałem go, więc tylko pytająco uniosłem brwi.
Nietypowej?
Lokaj przewrócił oczami, jakbym spytał o coś zupełnie oczywistego.
Ze względu na stan swojego zdrowia lord Huntington przyjmuje jedynie po zmroku – wygłosił oczywistość, o której zapomniałem.
Zmiąłem w ustach przekleństwo.
Poczułem się jak dureń. Jak mogłem o tym zapomnieć? Domagałem się spotkania w samo południe z kimś, kto nie opuszczał pewnie jakiejś ciemnej nory przez cały dzień, jak borsuk albo kret.
Albo jak wilk.
Przeszedł mnie dreszcz.
Próbując uratować resztki godności sięgnąłem do kieszeni i wydobyłem zegarek. Uniosłem go za dewizkę na wysokość twarzy lokaja tak, by mógł dostrzec monogram.
Jestem nowym w mieście zegarmistrzem – zełgałem, zachowując niewzruszony wyraz twarzy. – Informacja o stanie zdrowia lorda do mnie nie dotarła, a i on sam nie wspomniał o tym, gdy rozmawialiśmy o naprawie zegarka przed kilkoma dniami.
Czułem, że stąpam po grząskim gruncie.
Lokaj przyglądał mi się podejrzliwie, ale chyba nie spodziewał się, że ktokolwiek mógłby tak bezczelnie kłamać.
Lord Huntington poprosił mnie o dostarczenie zegarka osobiście, do rąk własnych. Jak widać odprawiłem już wóz, więc może mógłbym zaczekać do zmierzchu?
Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Mężczyzna ewidentnie nie był pewien, czy powinien otwierać bramę. Czy jednak można było odprawić kogoś, kto przybywał z polecenia lorda, na jego osobistą prośbę, chcąc oddać jego własność?
Lokaj w końcu dał za wygraną i odczepił od pasa pęk kluczy, otwierając jednym z nich wielką kłódkę. Dziwaczne było to, że obok nie zamontowano żadnej furtki, przez którą mogliby wchodzić pracownicy czy interesanci.
Brama jęknęła, kłóda szczękneła, zamykana za moimi plecami i poczułem, że nie ma już odwrotu.
Musiałem zobaczyć się z Huntingtonem, choćbym miał czekać na jego progu do zmierzchu.
Podążyłem za lokajem z walącym sercem, usiłując nie podbiegać, gdyż drobił odzianymi w pończochy nogami w zastraszającym tempie.

sobota, 16 listopada 2019

Kroniki Jamesona - rozdział VI


VI

NIGEL!!
Który to już raz się tak na mnie wydzierała?
Ostatnimi czasy byłem faktycznie nieprzytomny.
Przez cały tydzień nie przyniosłem do domu ani grosza; tę nieszczęsną, ostatnią kurę, która jeszcze niedawno biegała po podwórku, zjedliśmy w niedzielę. Patrzyła na mnie z wyrzutem, gdy unosiłem siekierę, nawet się nie szamotała, jakby wiedziała, że jej los jest przesądzony. Ledwie mogłem przełknąć pieczyste, gdy sobie to przypominałem.
Nie tak się umawialiśmy, chłopie!
Zaiste, umawialiśmy się inaczej, ale nie potrafiłem wyjść ze stuporu, nie potrafiłem wypełnić niepisanych zapisów tej umowy. A o czym to ona traktowała? Ach tak, o tym, że będę przynosił pieniądze na żarcie. Tymczasem od jakiegoś czasu nie przyniosłem ani grosza i Maira najwidoczniej miała tego dość. Czy naprawdę wywaliłaby mnie za próg, tak, jak groziła?
Wyjdź za mnie! – powiedziałem cicho, gdy zrobiła przerwę w gderaniu by nabrać oddechu do nowej tyrady.
Co? – spytała tylko, wypuszczając powietrze. – Coś ty powiedział, Neil?
Powiedziałem, żebyś za mnie wyszła. Zostań moją żoną.
Zaśmiała się, a w zasadzie zaczęła rechotać.
Wyjść za ciebie, dobre sobie! – parsknęła. – Za takiego gołodupca?
Cóż, zbyt wiele nie miałem jej do zaoferowania, jednak to wkrótce miało się zmienić. Podjąłem bowiem pewną szaleńczą decyzję, która mogła odmienić los nas obojga, nie wiedziałem jeszcze jednakże, jak wcielić mój plan w życie.
Dostałem posadę w majątku Huntingtona – skłamałem bezczelnie, czy może raczej wyjawiłem jej mój plan na przyszłość.
Przestała się śmiać, mało tego, skamieniała, patrząc na mnie roziskrzonymi nagle oczyma. Wydała mi się przez moment piękna, prawdziwie piękna.
Huntingtona? – szepnęła, po czym przysiadła na brzegu ławy, tuż przy mnie, nad talerzem wyjątkowo cienkiej zupy. Tak, byłem gołodupcem i w tym momencie cholernie się tego wstydziłem. Utrzymywała mnie kobieta, to było upokarzające. Musiałem to zmienić. I od jakiegoś czasu byłem przekonany, że praca u kogoś takiego jak Huntington mogłaby być źródłem łatwego zarobku.
Musiałem jeszcze tylko dostać tę posadę, jakąkolwiek, i teraz, gdy już tak bezczelnie okłamałem Mairę, miałem dodatkowy powód, by to zrobić.
Jak to w majątku Huntingtona? Co niby będziesz tam robił?
Jak to co? Będę doglądał rozarium! – wypaliłem, brnąc w kłamstwo. Wówczas nie wiedziałem, że to było najmniejsze z kłamstw, jakie miałem zacząć serwować Mairze.
Rozarium? – uniosła brwi. – Jakim cudem załapałeś się do pielęgnacji jego ogrodu?
Polecił mnie mój dotychczasowy pracodawca. Wypływa do Ameryki, przejąć jakieś rodzinne plantacje. Dlatego od tygodnia nie przyniosłem ani grosza. Zwolnili całą służbę albo przekazali do innych domów. Mnie polecili Huntingtonowi.
Maira już ledwo mogła usiedzieć.
Rozmawiałeś z lordem? Czy jest taki, jak mówią? – wypytywała, międląc mój rękaw. Prawie upuściłem łyżkę do talerza.
A co mówią? – podpuściłem ją. – Oprócz tego, że można się załapać w jego majątku na niezłe chędożenie?
Nadąsała się, jakby nagle wizja mnie przycinającego róże w ogrodzie młodego hulaki nie wydawała jej się już tak świetlana.
Już ty dobrze wiesz, co mówią! Masz się trzymać róż, zrozumiano?
Tym razem ja się roześmiałem, a jej zazdrość mile mnie połechtała.
Czy naprawdę ci się wydaje, że te blade, arystokratyczne piękności, które ugniata twoja skośnooka kuma, oglądają się za ogrodnikami?
Nie wiem, za kim się oglądają, ale wiem, za kim mogą oglądać się ogrodnicy!
Oj, dziewczyno! – wciągnąłem ją na kolana. – Mam gdzieś te wszystkie wątłe, bladawe damesy! Ty mi się podobasz i twoje łóżko jest najwygodniejsze, zrozumiano? – Chwyciłem ją obiema rękami za tyłek i przyciągnąłem do siebie, objęła mnie gorącymi udami. – Będę grzeczny, obiecuję! I będę ci przynosił ploteczki świeższe od tych, które wyciska z damulek Kiki!
Tak, Maira cholernie mi się podobała, gdy spłoniła się nie wiadomo, czy na myśl o moim mającym za chwilę zagłębić się w niej kutasie, czy o najświeższych ploteczkach przyniesionych z pałacu lorda Edgara Francisa Huntingtona.
Trzeciego.


środa, 13 listopada 2019

Kroniki Jamesona - rozdział V



V

Huntington.
Moses łypnął na mnie zażółconymi białkami oczu. Niewiele więcej było widać w półmroku z jego nalanej, czarnej gęby, dopiero gdy się odezwał, błysnął złotym zębem. Może ja też powinienem sobie taki wstawić? W zamian za ten cholerny zegarek, który wciąż nosiłem przy sobie?
Co „Huntington”? – zapytał cicho, a w zasadzie wymruczał swoim dudniącym, nosowym basem.
Znasz go?
Przez długą chwilę wpatrywał się we mnie intensywnie, i gdybym tak dobrze go nie znał, mógłbym się nawet przestraszyć.
A czy jest w tym mieście ktoś, kto nie słyszał o lordzie Huntingtonie? Oprócz ciebie, oczywiście – dodał z przekąsem.
Co o nim wiesz? – Udawałem, że odpowiedź tak naprawdę niewiele mnie obchodzi, popijałem z kubka.
To, co wszyscy. Jest dziedzicem gigantycznych pieniędzy, mieszka w pałacu pod miastem, w którym urządza huczne bale. Nocami odwiedza antykwariaty i lichwiarnie, skupuje księgi, srebra i obrazy. Ma znajomości. Wszędzie. Lepiej z nim nie zadzierać.
Przez te znajomości?
Moses rozejrzał się niepewnie, nagle zdał się malutki, jak dzieciak, który zamierza zdradzić komuś głęboko dotychczas skrywany, uwierający sekret.
Podobno jest kanibalem…
Nie wytrzymałem i ryknąłem śmiechem.
Kanibalem?? – spytałem o wiele za głośno; kilka głów odwróciło się w naszą stronę. – Paniczyk z dobrego domu śpiący na złocie miałby żreć ludzkie mięso?
Moses się nasrożył, ewidentnie nie postrzegał tej rewelacji w kategorii żartu.
Tak mówią. Podobno rzuca uroki. Podobno jest kapłanem Candomble.
Śmiech zamarł mi na ustach. To już nie było zabawne, tylko absurdalne.
Moses, człowieku, jakim kapłanem Candomble? Czarownikiem?
Murzyn opowiadał mi niejednokrotnie o obrzędach VooDoo, w których brał udział jako dzieciak, zanim załadowano go na statek u wybrzeży Santo Domingo i wywieziono do Ameryki by sprzedać na targu niewolników. Tacy zbiegowie jak on nigdy nie żartowali opowiadając o religii czy o czarach. Wprawdzie po ucieczce z plantacji i nielegalnym przybyciu do Londynu czarnuch nabrał trochę ogłady, ale pozostało w nim dużo z dzikusa. Z dzikusa, który widział, jak powstają zombie, jak łażą w transie niby bezgłowe kurczaki. Nagle te wszystkie makabreski, których mi naopowiadał, wróciły w gwałtownym, krwawym przebłysku.
To jakieś bzdury… – szepnąłem w kubek, usiłując przegnać wspomnienie przenikliwych, zielonych jak szmaragdy oczu. – Jak mecenas artystów może być czarownikiem? I na kogo on niby rzuca te czary? Na towarzyską śmietankę, która pozwala jego podopiecznym wchodzić na swoje salony gładko niby śliski kutas w mokrą…
Nie dokończyłem.
Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, i było ono tak intensywne i nieprzyjemne, że aż rozejrzałem się, jak Moses przed chwilą. On tymczasem wciąż patrzył na mnie, a na jego twarzy malował się jakiś niepokój, nie pasujący do króla towarowego doku, której to pozycji dorobił się w ciągu ostatnich pięciu lat. Tych samych, które ja przesiedziałem w pace. Gdy się poznaliśmy, targał tylko wory z bawełną, tą samą, którą gdzieś po drugiej stronie oceanu zbierali jego pobratymcy.
Muszę już iść. – Moses wstał, dopiwszy wino. – Na twoim miejscu uważałbym, kogo wypytuję o lorda. Albo po prostu wcale o niego nie pytaj. Tak będzie lepiej dla ciebie. I dla tego, kogo zamierzałeś spytać.
I to był koniec naszej pierwszej od pięciu lat pogawędki.
Godzinę wcześniej wszedłem do szynku, zostawiwszy umęczoną praniem brudów Huntingtona Mairę w łóżku, nawet sobie nie użyłem, tak bardzo była sterana. Ale pasztet wyszedł jej wyborny!
Miałem zamiar powłóczyć się po spelunach i posłuchać plotek na temat śmierci moich kumpli, którzy byli dość dobrze znani pośród szemranego towarzystwa, ale jakoś nikt o nich nie wspominał, jakby nigdy nie istnieli. Na mnie też patrzono spod byka, czy może inaczej: patrzono przeze mnie, jakbym był przezroczysty, niewidzialny. A może faktycznie mnie nie rozpoznawali? Nie wyglądałem już na lumpa, którego mogli zapamiętać. W więzieniu wychudłem, postarzałem się, linia włosów zaczynała mi się dużo wyżej niż przed laty. Kuchnia Mairy nie była w stanie dodać mi tężyzny; nie przelewało się nam, mięso jedliśmy raczej od święta, a od jej mącznych i podrobowych specjałów mogłem co najwyżej dorobić się brzucha, a tego wolałem uniknąć. Teraz dość przyzwoicie odziany faktycznie nie przypominałem tego zbira, którym niegdyś byłem. Chciałem na dobre się od niego uwolnić, jednakże niefortunna przygoda z lordem Huntingtonem sprawiła, że znów spojrzałem na ciemną stronę.
Poza tym ja też nie rozpoznawałem wielu facjat, w końcu życie włóczęgów, złodziei i marynarzy nieraz kończyło się gwałtownie i w miejscu każdego utopionego na morzu lub wrzuconego z poderżniętym gardłem do Tamizy pojawiało się dwóch nowych, których przywiało nie wiadomo skąd. Po poznaniu Matthew i Rory’ego jakoś nie kwapiłem się do zawierania większej liczby takich znajomości, a gdy zamieszkałem w suterenie praczki w ogóle wypadłem z obiegu. Już prawie pół roku udawałem porządnego obywatela i najwidoczniej teraz za takiego mnie brano. Musiałem tylko uważać na to, by nie paść ofiarą kradzieży czy napadu, ale akurat przed takim nieszczęściem potrafiłem się doskonale obronić.
Tak, jak kilka dni wcześniej przy ataku skrytobójcy.
Na to wspomnienie przechodził mnie dreszcz. Czułem jakiś niewytłumaczalny niepokój na samą myśl o Huntingtonie i ludziach z nim powiązanych, jakby był on dla mnie śmiertelnym zagrożeniem. A przecież pozwolił mi odejść, nie powalił mnie podczas szarpaniny, a z pewnością mógł to zrobić, skoro tak łatwo rozprawił się z moimi kumplami. Nie byłem już pewien, czy ta konfrontacja w ogóle miała miejsce, czy nie była jakimś sennym majakiem. Po moich kamratach nie został ślad; Maira zużyła gazetę w której wspominano o zbrodni na podpałkę, a ludzie zachowywali się tak, jakby to morderstwo nigdy nie miało miejsca, jakby nawet sugestia, że lord Huntington miał z nim coś wspólnego była niedorzeczna.
Albo aż nadto prawdopodobna.
Moses był moją ostatnią nadzieją na pozyskanie jakichkolwiek wieści, zaczepiłem go jak tylko stanął w progu. Uściskaliśmy się serdecznie, choć ledwie mogłem objąć jego wielkie jak góra cielsko. Ze swadą opowiadał mi o tym, jak wspiął się po drabinie nikłego społecznego awansu i zaczął cieszyć szacunkiem wśród kupców i kapitanów. Jednak gdy tylko wymieniłem nazwisko Huntingtona, stał się czujny i mrukliwy.
I ostatecznie naopowiadał mi samych niedorzeczności, które przecie nie mogły być prawdą.
Wyszedłem w ciemność, postawiłem kołnierz, bo zaczęło siąpić, jednak wiosenna aura nie była już tak dokuczliwa jak wyjątkowo mokre i zimne przedwiośnie.
Wtedy go zobaczyłem, a może tylko wydawało mi się, że go widzę.
Przez moment w kręgu światła latarni zamajaczyła odziana na czarno postać mikrego wzrostu; przesiąknięty deszczem wiatr szarpał jej pelerynę i jasne, wymykające się spod cylindra włosy. Dżentelmen odziany jak do opery nie był częstym widokiem w dokach, tylko pijani desperaci i odurzeni opiumowcy zapuszczali się w te okolice, ale oni nie prezentowali sobą tak przerażającego widoku. To bowiem poczułem, gdy nasze spojrzenia na moment się skrzyżowały, gdy jego jasne, szmaragdowe oczy błysnęły w mroku jak oczy kota, choć przecież przysłaniało je rondo cylindra. Poczułem przerażenie, groźbę, choć przecież byłem od tamtej postaci o wiele wyższy, a jeśli wierzyć opowieściom i plotkom również dwukrotnie starszy. Jakim zagrożeniem mógł być dla mnie rozpuszczony gołowąs, który tak beztrosko zapuszczał się w najpodlejsze zaułki Londynu?
A jednak bałem się, czułem, że mimo deszczu pot wystąpił mi na czoło, a gdy otarłem twarz i ponownie spojrzałem w stronę rzucającej ciepły poblask latarenki, nikogo pod nią nie było, jak również w promieniu wielu metrów od niej. A nie słyszałem przecież kroków, mlaskania błota pod butami.
Zaczęło lać na dobre, więc wcisnąłem czapkę na czoło i podążyłem do domu, wciąż mając wrażenie, że ktoś się za mną skrada, a przecież żaden desperat nie wyściubiłby nosa w taką pogodę.
Żaden, za wyjątkiem mnie.

wtorek, 22 października 2019

Kroniki Jamesona - rozdział IV


IV

– Nie cierpię tych orgietek u Huntingtona!
Zatrzymałem łyżkę w połowie drogi do ust i spojrzałem na plecy Mairy, które podrygiwały rytmicznie w miarę jak zagniatała ciasto na pasztet.
Od jakiegoś czasu gderała coś pod nosem, jak zwykle przy robocie, bardziej do tego ciasta, niż do mnie, ale wpuszczałem to jednym uchem i wypuszczałem drugim. Nie obchodziły mnie ploteczki z socjety, przydługie opowiastki o kieckach, których póki co nie mogłem jej kupić, czy romansikach paniczów z pokojowymi, które jakoś nie wzbudzały we mnie emocji.
Maira miała przyjaciółeczkę, prawdziwą Chinkę o żylastych przedramionach, która pomagała bogatym paniusiom „wrócić do formy”, jak to nazywała, gdy któraś naciągnęła sobie ścięgno czy obiła zadek przy zbyt dzikich łóżkowych harcach. Za pomocą długich, cieniutkich igieł, jakichś cuchnących smarowideł zrobionych nie wiadomo z czego, baniek i ugniatania najdziwniejszych punktów na ciele potrafiła zdziałać cuda, choć oczywiście nigdy nie pozwoliłbym jej się dotknąć. Skutecznie udawała, że nie mówi po naszemu, a przez to wszystkie te wymęczone sikory spowiadały się jej z najgłębiej skrywanych sekretów. Jęczały obolałe pod jej stanowczym dotykiem, wspominając tęsknie kochasiów, którzy doprowadzili je do tak opłakanego stanu. Za każdym razem, gdy usłyszałem jej szeleszczące imię wiedziałem, że zaraz pojawią się w opowieści jakieś pikantne szczególiki. Tym razem Kiki, jak nazywałem ją w myślach, gdyż nie potrafiłem wymówić poprawnie tego imienia przez brak zęba, przyniosła najwyraźniej coś, co mogło mnie zainteresować.
– Żałuję, że przyjęłam to zlecenie! Powinnam była przewidzieć, że to będzie wyjątkowo brudna robota!
Maira nie była nigdzie zatrudniona na stałe, biegła tam, gdzie akurat potrzebowano praczki i teraz trajkotała o tym, jak to wszystkie wolne akurat dziewczyny wynosiły brudne prześcieradła całymi koszami spod bramy posiadłości lorda Huntingtona.
Moja ciekawość została połechtana, stałem się czujny niby węszący wyżeł, choć oczywiście nie mogła tego zobaczyć odwrócona tyłem.
– Ręce mnie bolą, nie wiem, jak ten pasztet wyjdzie… Czy ci rozpuszczeni, gnuśni bogacze nie wiedzą, że to wszystko, co ścierałam z tych cholernych prześcieradeł powinno zostawać we wnętrzu baby?
Normalnie bym się zaśmiał, ale byłem zbyt podniecony nazwiskiem, które przed chwilą wymówiła.
– Kim jest ten Huntington? – spytałem jakby od niechcenia, żeby nie wybijać jej z rytmu. Gniecenia i gadania.
– Kim jest Huntington? – odparła jakby zdziwiona, po czym rzuciła mi przelotne spojrzenie przez ramię. – No tak, siedziałeś w Tower gdy przyjechał do miasta.
Zamilkła i wróciła do ugniatania, a ja zaczynałem tracić cierpliwość.
– No to kim on jest? – spytałem ponownie, powściągając gniew. – Chyba nie chcesz, żeby pukał cię nieznający najnowszych ploteczek i person z socjety gbur?
Teraz to ona się zaśmiała, otrzepując ręce z mąki.
– Nikt nie wie, kim tak naprawdę jest ten Huntington, ale wszyscy zabiegają o jego względy, jakby był samym królem! O względy takiego szczeniaka!
Poczułem, jak zaciskają mi się szczęki.
– Lord Edgar Francis Huntington, uważaj, trzeci! – kontynuowała pompatycznym tonem. – Podobno śpi na złocie. I do tego nie sam! Przez jego posiadłość przewijają się hordy młodych artystów. I artystek! Jakieś śpiewaczki, jacyś malarze, całe stada głodnych jego atencji, aspirujących pacykarzy i wierszokletów.
No, no, no! Co za słownictwo! Nie poznawałem mojej małej Mairy, choć przecież przez te kilka tygodni, które spędziliśmy razem, wcale nie zdążyłem jej poznać, a może inaczej: poznałem ją, ale raczej dogłębnie. Może nie była taka głupia, za jaką ją miałem?
– I tytułuje się mecenasem ich wszystkich, wyobrażasz sobie? Mecenas! Podobno ledwie od ziemi odrósł, odziedziczył majątek po ojcu, a może po dziadku? Mówią, że jakiś lord Huntington tak samo brylował na salonach pół wieku temu. Szkoda, że wszyscy, którzy go znali, już dawno poumierali!
Coraz bardziej się zapalała, a ja słuchałem z coraz większym zainteresowaniem. Czy na pewno mówiła o tym szczeniaku, spotkania z którym omal nie przypłaciłem życiem?
– Widziałaś go kiedyś? – wycedziłem, chcąc potwierdzić moje przypuszczenia.
Wzruszyła ramionami i znowu odwróciła się tyłem.
– Nie. Nie pokazuje się w mieście, a jak już, to tylko po nocy. Chory podobno jest, słabowity. Po słońcu chodzić nie może, ale gdy pada, to też go nie uświadczysz. Odsyła wszystkie zaproszenia z przeprosinami, wypowiada się swoim wyjątkowym stanem. Tak przynajmniej mówią te wszystkie gniecione przez Xian paniusie, które bezskutecznie oczy sobie za nim wypatrują. Gładki podobno, jasny, jak dziewczyna. Urządza tylko te swoje absurdalne bale i orgietki, a ja muszę sprzątać po tych wszystkich rozpustnikach spuszczających się w jego delikatne prześcieradła!
Teraz ja nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem.
– Żebyś wiedział, jak wyglądają te wszystkie damesy po tych przyjęciach! Ledwie chodzą, mówię ci! Muszę przycisnąć Xian, żeby poopowiadała mi coś więcej!
„Szzijiian” – tak to wymawiała. Chodziło jej oczywiście o Kiki o przenikliwych, czarnych oczkach. Na myśl o niej przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
Lord Edgar Francis Huntington. Trzeci. Dziedzic fortuny. Chłopiec o dziewczęcej urodzie, jasny i piękny. Wszystko się zgadzało. Nie mogłem jednakże zrozumieć, co taki nieopierzony młodzik robił w dokach, bez służby, bez asysty. A zresztą, powalił trzech rosłych chłopów i najwidoczniej już wylizał się z rany, którą mu zadałem, skoro niedługo po tym urządził w swoim majątku spływającą sokami orgietkę. Najwidoczniej nie potrzebował żadnej asysty.
A może wcale go wtedy nie zraniłem? Może to był jakiś omam wywołany walką? Może gdybym jutro poszedł na nasz bazarek, znalazłbym Rory’ego i Matthew za budą kuśnierza, rechoczących i popluwających w błoto? Nawet jeśli, to nie bardzo miałem ochotę znowu pakować się w jakiś układzik. Wolałem być niezależny. Te małe skoki, których sam dokonałem, wystarczały na zaspokojenie moich potrzeb, a na stół rzucałem tyle grosza, że Maira wierzyła, iż istotnie uczciwie pracowałem. Teraz naprawdę żałowałem, że zgodziłem się na jeszcze jedną robotę z nimi. Czy oni również nie wiedzieli, jak bogaty i wpływowy był ten cały Huntington? A może właśnie wiedzieli zbyt dobrze i chcieli poszczuć mnie na niego, żeby się zemścić?
Cóż, jeśli taki był ich zamiar, to się przeliczyli. Leżeli anonimowi w dole z wapnem, a ja siedziałem przy stole ze złotym zegarkiem w kieszeni.
I z głową wciąż pełną domysłów i niedopowiedzeń.

piątek, 18 października 2019

Kroniki Jamesona - rozdział III



III

Magnolie, piwonie, irysy…
Rozpoznawałem krzewy i kwiaty, przerastające przez kute, wymyślnie powyginane pręty ogrodzeń rezydencji. Wizja zajęcia gościnnego domku w jakimś ogrodzie i grzebania w ziemi od świtu do zmierzchu wydawała mi się coraz bardziej kusząca. Jeszcze wspanialszy zdawał się omam, w którym doglądałem cytrusów i orchidei w oranżerii…
Nawaliłem się, a przecież ledwie minęło południe.
Szczekający cockneyem marynarze śmiali się i klęli przy długim stole pod ścianą, kończyli posiłek przed wypłynięciem gdzieś na koniec znanego mi świata. Cóż ja wiedziałem o świecie? Nic. Byłem londyńskim oprychem, który od lat nie wyściubił nosa poza miejskie mury.
Czy lord Huntington dużo podróżował…?
Potarłem czoło dłonią, dopiłem podły winiak i wstałem, zawadzając udem o kant brudnego stołu. Zegarek, który przez cały czas ściskałem w dłoni, potoczył się po podłodze. Pochyliłem się, by go podnieść.
– Skąd to masz?
Uniosłem wzrok.
Jakiś czarno odziany mężczyzna nastąpił na dewizkę butem o zaostrzonym nosie, jak u muszkietera. Nie mogłem dostrzec jego twarzy w cieniu rzucanym przez rondo szerokiego kapelusza. Muszkieter, jak nic! W londyńskich dokach…?
Albo skrytobójca.
– Znalazłem – skłamałem powtórnie. – Na chodniku przed operą. – dodałem.
Dlaczego ja w ogóle mu się tłumaczyłem?
Mężczyzna pochylił się, ale byłem szybszy, mimo wypitego alkoholu. Dostrzegłszy błysk noża w jego dłoni odbiłem cios przedramieniem, poczułem ostry ból w ręce. Zgarnąłem zegarek w drugą dłoń i zaciskając wokół niego pięść wymierzyłem mu zamaszysty hak w szczękę, ale ledwie musnąłem jego twarz.
To, że za moment mnie zabije, nie ulegało wątpliwości.
Raz jeszcze odparowałem cios, otrzymując kolejne draśnięcie, nie byłem przytomny na tyle, by pomyśleć, że przed nożem lepiej się uchylać, niż zasłaniać. Wino i wściekłość mroczyły mi wzrok ale i dodawały sił, uskoczyłem za stolik i porwałem z niego dzban, roztrzaskując go na głowie napastnika. Gliniane skorupy rozprysły się na wszystkie strony, wino zalało mu oczy. Zwietrzyłem jedyną szansę i przeskoczywszy niezgrabnie drewnianą ławę wybiegłem na ulicę.
Miałem szczęście.
Gdy ja chlałem w najlepsze, łodzie zwiozły na ląd pasażerów ogromnego liniowca, cumującego poza zatoką. Nie obchodziło mnie, dlaczego wysadzano bogaczy w tak podłym porcie, grunt, że ocalili mi życie. Wtopiłem się w tłum, umykając przed zabójcą, który gotów był mnie pokroić dla złotego zegarka.
To jednakże się nie zgadzało. Musiało być w tej błyskotce coś, co było cenniejsze od mojego życia. I domyśliłem się, wspominając słowa starego Żyda, że nie chodziło mu po prostu o wartościowy zegarek.
Chodziło mu o własność lorda Huntingtona.
Przez moment miałem ochotę wrzucić feralny czasomierz do kanału albo do cynowego kubka żebraka, ale nie mogłem się na to zdobyć. Był wart fortunę, mimo tego, że ja nie byłem w stanie go sprzedać. Może mógłbym to zrobić, odrywając kopertę z wygrawerowanym monogramem…? Wówczas straciłby sporo na wartości, ale…
Nie chciałem go sprzedawać. Podobał mi się, nigdy dotychczas nie posiadałem tak pięknego i cennego przedmiotu: koperta misternie zdobiona roślinnym motywem, wśród filigranowych listków dało się nawet zauważyć ciernie. Wskazówki wyobrażały cieniutkie, ulistnione gałązki. To nie był zegarek, a dzieło sztuki. Poza tym przecież wcale go nie ukradłem! Ten dzieciak sam mi go dał!
Bzdury!
Wróciłem do domu wcześniej, niż zamierzałem, pijany w sztok. Skaleczenia wytłumaczyłem próbą naprawienia jakiejś nieistniejącej, ogrodniczej maszynerii do spulchniania gleby.
Maira zrobiła mi awanturę od progu, z trudem powstrzymałem się przed uciszeniem jej policzkiem. Nigdy nie byłem damskim bokserem, myśli o skrzywdzeniu kobiety, o zadaniu jej bólu, pojawiały się i znikały w mojej głowie jak iskry. Mówiąc szczerze miałem gdzieś to, czy sąsiedzi usłyszą, jak się na mnie wydziera. Plebejskie kobiety mogły sobie pozwolić na zdecydowanie więcej wobec swoich mężczyzn, niż mieszczanki. A ja nawet nie byłem jej mężem. Wobec planów związania się z nią na dłużej musiałem powściągać swoje bandyckie zapędy, nie była w końcu jakąś rynsztokową lafiryndą, którą można było pomiatać do woli po uiszczeniu właściwej opłaty. No i gdyby mnie wyrzuciła, znów nie miałbym gdzie mieszkać, więc cierpliwie znosiłem jej zrzędzenie. Ciekawe, czy pokój po Matthew i Rorym był wciąż wolny?
Drzemałem, zanim wyszła do roboty, nieco udobruchana naręczem piwonii, które teraz chyliły ciężkie, osypujące się z ciemnoróżowych płatków głowy nad nagim drewnianym stołem. Obiecałem sobie nieco przyjemności, ale przecież nie mogłem ustać na nogach, nie wspominając już o stawianiu do pionu innych części ciała. Nawet nie czułem bólu, gdy Maira opatrywała mi draśnięcia na przedramieniu, klnąc na czym świat stoi. Nie była przecież damą, prawda?
Zanim odpłynąłem miałem jeszcze płonną nadzieję na to, że będę wystarczająco trzeźwy na harce, gdy wróci zmęczona po wieczornej przepierce. Zwykle pojawiała się w domu przed zmrokiem i zaczynała ględzić, że wychodzę do pubu, zamiast spędzać czas z nią. I co niby mieliśmy razem robić? Gapić się na siebie? No bo przecież nie konwersować o sztuce! Nie była zbyt wyrafinowaną dziewuchą, zdecydowanie zyskiwała na powabie, jeśli nie otwierała ust, chyba że po to, bym wetknął w nie przyrodzenie. Nasłuchałem się o tym w mamrze od pewnego Francuza i chyba tylko fakt, że Maira była chętna na takie zabawy, na które zwykle zgadzały się tylko dziwki, sprawiał, że trzymałem się przy niej.
Nie tylko.
Oszukiwałem sam siebie. Podobała mi się: jej jasnorude włosy, piegi, niezwykłe u rudzielca orzechowe oczy, wielki, miękki zadek i zręczne, spracowane ręce, to wszystko mi się podobało. Ustami oprócz wrzasków potrafiła wyprawiać istne cuda, to trzeba jej było przyznać, aż bałem się zapytać, gdzie się tego nauczyła. Od święta zakładała lepszą sukienkę, każąc mi ciasno zasznurowywać stanik i upinała wysoko włosy, wówczas zyskiwała jakiegoś niewytłumaczalnego, eleganckiego sznytu. Gdy wracała z targu z wypełnionym koszem opartym o biodro, jej ruchy nabierały specyficznej gracji. Czasem wyobrażałem ją sobie jako panią domu, rozporządzającą służbą, z pewnością byłaby świetna w tej roli. Chciałem zapewnić jej byt, chciałem zarabiać tyle, by nie musiała godzinami męczyć dłoni w balii, by nie musiała prać cudzych brudów. Cóż z tego, że nie była mądra?
Ja również nie byłem jakoś specjalnie uczony, bo czegóż mógł nauczyć się dzieciak od kucharek i koniuszych? Nie chodziłem nigdy do żadnej szkoły, ukształtowała mnie ulica. A w pierdlu nie poznałem bynajmniej żadnych erudytów. Byłem mądry życiową mądrością kogoś, kto nigdy nie miał lekko, kto zawsze musiał walczyć o okruchy godności. Byłem mądry sprytem ulicznika.
Nie wiedziałem, dlaczego Maira się ze mną zadała. Zapewne dlatego, że jako młoda, plebejska wdówka nie bardzo miała wybór. Jej stary – jakiś wątły, dopiero dorabiający się kupiec czy krawiec, nie obchodziło mnie to i nie chciałem pamiętać, zszedł kilka miesięcy wcześniej, zanim dotrzymał wszystkich złożonych jej obietnic. Dlatego ja nie obiecywałem, wolałem któregoś dnia po prostu powiedzieć jej, że przeprowadzamy się z tej nory do kamienicy w centrum miasta.
Nie wiedziałem jednakże jeszcze, jak zarobić na takie mieszkanie.
Zdawało mi się, że nie było we mnie nic, co mogłoby zwrócić uwagę, no może poza moim dość słusznym wzrostem i bujną czupryną. Lubiłem, gdy Maira w łóżku targała mnie za włosy. Czy gdy już jakimś cudem bym się dorobił, mógłbym jeszcze pozwalać sobie z nią na takie świństwa? Czy bogacze robili to jak dzikusy, czy tylko po cichu i pod koronkową kołdrą? Na rąbku fartucha matki naszyty był cieniutki paseczek koronki, dotykałem go zawsze ukradkiem, gdy opasywała się sztywną, wykrochmaloną tkaniną.
Umarła zanim dorosłem. Ja też pewnie zdechłbym z głodu, gdybym był takim chuchrem jak syn państwa, u których wówczas pracowała. Podczas jego pogrzebu cieszyłem się, że nabrałem tężyzny pomagając domniemanemu ojcu przy koniach. Gdy paniczyk skonał,   jego rodzice podjęli decyzję o sprzedaży majątku i przeniesieniu się gdzieś na Kontynent, czy może na północ, do Irlandii? Wówczas mnie to nie obchodziło, za bardzo byłem przejęty tym, że zwolnili całą służbę i nagle zostaliśmy bez dachu nad głową.
A potem przyszedł pomór i głód. Zostałem sam.
Te wszystkie wspomnienia nawiedzały mnie zbyt często po wyjściu z więzienia. W pace nie myślało się o takich rzeczach, każdy pilnował własnych spraw i własnych gaci. Ci, którzy ich nie pilnowali, albo byli jakimiś zniewieściałymi chuchrami wpakowanymi tam nie wiadomo dokładnie za co – no bo cóż złego tacy chudzielcy mogli nawywijać? – wiedli ciężki żywot więziennych „żon”. Nie byłem na tyle zdesperowany, by dobierać się do któregokolwiek z nich, może właśnie dlatego tak łapczywie rzuciłem się na Mairę, gdy tylko posłała mi uśmiech.
Oczywiście, to nie stało się ot tak!
Gdy tylko mnie wypuszczono, zawiązałem ustny pakt z dwoma zbirami, którzy przygarnęli mnie pod plugawy dach, z Matthew i Rorym, świeć panie nad ich podłymi duszami! Przed południem kręciliśmy się po targu; przestawaliśmy za budą kuśnierza i knuliśmy, popalając i popluwając w błoto. Brak zęba zdecydowanie ułatwiał mi tę czynność. Gwizdaliśmy na kuchty i służki, kłanialiśmy się koślawo jakimś zagubionym mieszczuchom, którzy sami przychodzili po zakupy jeśli nie ufali w tej kwestii swojej służbie. Takich wielu nie było; między straganami, wśród gdakania skazanego na śmierć ptactwa, beczenia kóz i  nawoływania sprzedawców, kręciły się głównie grube kuchary i żylaści majordomusowie, spoglądający na nas z góry znad swoich liberii i szarf. Ja nigdy nie wybrałbym się na targ oflagowany jak fregata, ale w tym szaleństwie była metoda. Nikt z nas nie śmiałby palcem dotknąć służących z wpływowego domostwa. Szybko nauczyłem się ich rozpoznawać, w końcu to był niewielki ryneczek, nasz bazarek, który objęliśmy we władanie i nad którym roztaczaliśmy protekcję. Za niewielki haracz z niesprzedanych towarów pilnowaliśmy, by szczeniaki i Cyganie za wiele nie kradli. Byłem szybki; nie raz zdarzyło mi się dorwać złodziejaszka i powalić go na bruk. Zawsze sprzedawałem mu parę kuksańców i puszczałem wolno, bo zbyt dobrze wiedziałem, jaki kawał życia można stracić za drobną kradzież.
Wyszedłem późną jesienią i musiałem zacząć się rozglądać za jakimś ciepłym kątem na zimę, bo spędzenie jej na pełnym szczelin poddaszu w marnym towarzystwie nie bardzo mi się uśmiechało.
Wówczas po raz pierwszy zobaczyłem Mairę.
Nie robiła zakupów dla dużej rodziny, zorientowałem się od razu, że sama była jak towar do wzięcia; pływała między straganami śmiesznie marszcząc nos, wybrzydzała i wykłócała się z przekupami, widać było, że ma charakterek! Spodobały mi się jej miny, spodobał mi się jej rozłożysty zadek, który falował gdy odchodziła obrażona od straganu. Kiedy nas mijała, Rory już miał zagwizdać i zarechotać, ale wsadziłem mu łokieć pod żebro, unosząc dłoń do wyświechtanej czapki i uśmiechając się niezdarnie, by ukryć brak zęba.
Spodziewałem się, że tylko prychnie, ale ona odwzajemniła uśmiech i zniknęła w tłumie.
– Pochędożyłoby się taką, co nie? – zacharczał Matthew zapijaczonym głosem.
– A może i ją pochędożę, więc wara ci, ochlapusie! – odwarknąłem, na co zarechotał lubieżnie.
– Nie dla psa kiełbasa, Neil! – Rory splunął. – Do burdla idź lepiej, za kilka pensów sobie ulżysz, a nie za takimi się oglądasz! Paniusia, nosa zadziera, a wykłócała się o każdego miedziaka!
– Zamknij się! – syknąłem, patrząc na swoje dłonie.
Żadna szanująca się kobieta nie pozwoliłaby się nimi dotknąć, nawet taka, która ewidentnie szukała okazji. Jeśli chciałem zobaczyć jeszcze uśmiech tej rudej, musiałem doprowadzić się do porządku.
I doprowadziłem się, choć Rory i Matthew śmiali się do rozpuku, gdy zobaczyli mnie w czystym ubraniu i po wizycie w łaźni. Dlaczego niby miałbym być wiecznym obdartusem? Ostatni skok był naprawdę udany, i choć oni przepuścili już prawie całą swoją dolę na gorzałę i kurwy, ja wolałem odłożyć coś przed nadchodzącą zimą. Nosiłem pieniądze w sekretnej kieszonce w gaciach, wiedząc, że skąd jak skąd, ale stamtąd nikt nie kwapiłby się ich wyciągać.
– No, no, no! – zacmokał Rory, gdy spotkaliśmy się jak co wieczór w szynku. – Jakie panisko! Nowa czapka?
Była nowa. I kurta też, no, może nie nowa, bo nabyta od Żyda, ale na pewno nowsza niż łachy w których wypuszczono mnie z pierdla.
Czy ja naprawdę musiałem zadawać się z tymi lumpami? Dzielenie z nimi pokoiku na poddaszu to była męka, chrapali i pierdzieli przez sen, w nocy szczali do cynowego wiadra, połowę rozchlapując po gołej podłodze. Musiałem się od nich uwolnić, wyrwać gdzieś, gdziekolwiek, do jakiegoś lepszego świata, na początek choćby do lepszego pokoju, może właśnie dzielonego z babą.
– Kończę z tą gównianą robotą – zacząłem, po czym zagwizdałem na kelnerkę i zamówiłem dla nas po pożegnalnym kubku sikacza. Nie zamierzałem się przed nimi tłumaczyć.
Matthew nasrożył się i wyglądał zupełnie jak buldog. Rory tylko sarknął.
– Już nie jesteśmy dla ciebie odpowiednim towarzystwem, co? – spytał, unosząc w górę rzadkie, albinotyczne brwi. W jego wodnistych oczach zaświeciła pogarda. Dla mnie, choć to przecież ja usiłowałem się wyrwać z rynsztoka. – Łaski bez, Neil! Jeszcze wrócisz i będziesz błagał, żebyśmy cię zabrali na jakąś robotę!
Kelnerka postawiła między nami trzy cynowe kubki.
– Być może – szepnąłem, wychylając połowę zawartości jednego z nich – ale mam nadzieję, że jednak nie. – Dokończyłem wino i wstałem, rzucając na stół kilka miedziaków, bo w istocie trunek więcej nie był wart. – Bywajcie!
Odwróciłem się i odszedłem, czując na sobie ich pełne wyrzutu spojrzenia.
Nie czułem się winny, wręcz przeciwnie, czułem się tak, jakby z barków spadł mi wielki ciężar. Nie byłem im nic dłużny, zrobiliśmy razem kilka robótek, byliśmy nawet zgrani, łupy dzieliliśmy po równo. Nie wykluczałem możliwości powrotu do tej bandy, ale na tamtą chwilę musiałem się wyrwać. Cały dobytek miałem w niewielkim tobołku, który teraz dyndał u mojego boku gdy szedłem między straganami sam nie wiedząc dokąd, pewnie poszukać jakiegoś lokum gdzie na obrzeżach burdelowni, gdzie było najtaniej.
I wtedy znowu ją zobaczyłem, już któryś raz, ale dotychczas zawsze kończyło się na ukradkowo rzucanych spojrzeniach i półuśmieszkach.
Wykłócała się przy straganie z zieleniną, wymachując wiechciem szczypioru.
Tym razem byłem przygotowany: w kieszeni miałem błękitną, atłasową wstążkę, którą uczciwie nabyłem za nieuczciwie zdobyte pieniądze.
– Niechże się już panienka tak nie wykłóca, toć to tylko szczypior! – wypaliłem, gdy zrównałem się z nią, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że był to idiotyczny początek konwersacji.
– A tobie co do te… – zaczęła, odwracając się w moją stronę, ale wrzask zamarł jej na ustach, a na piegowate policzki wystąpił rumieniec.
A więc naprawdę jej się podobałem!
A może po prostu mnie nie poznała, byłem w końcu odszorowany i przebrany, nie przypominałem już tamtego umazanego łajnem łachudry.
– Pomóc z koszem? Wygląda na ciężki.
Zawahała się, zakładając za ucho kosmyk, który wymknął się z warkocza od całego tego wykłócania. Kosę miała grubą jak moje przedramię, już widziałem, jak okręcam ją wokół nadgarstka i wbijam się w…
– A może i pomóc! – przerwała moje fantazje, obarczając mnie ciężarem swoich sprawunków, na które składała się bryła sera, trochę ziemniaków i pęczek pasternaku oraz worek mąki. Dorzuciła trzymany w zaczerwienionej dłoni szczypior. – Na zachód idziemy, do rzeki! – zakomenderowała, odważnie chwytając mnie pod ramię, jakby już się zdecydowała i zaanektowała mnie na własność.
– Maira – wyszeptała, znowu się czerwieniąc.
– Nigel Jameson – przedstawiłem się, dotykając czapki. – Do usług!
Usłużyłem jej, a może raczej ona mnie, jeszcze tego samego wieczoru. Odprowadziłem ją do domu i zapytałem, czy mógłbym zabrać ją później na wino, na co zgodziła się bez zbędnego krygowania. Posnułem się przez kilka godzin po mieście, rozglądając bezskutecznie za pokojem, i o zmroku zapukałem do drzwi jej sutereny.
Otworzyła, ale nie była ubrana do wyjścia. Miała na sobie niebieską suknię, jak się potem przekonałem jej najlepszą, rozpuściła włosy i wyglądała naprawdę ponętnie z tymi piegowatymi cyckami wylewającymi się w głęboko wykrojonego stanika. Wpuściła mnie do środka, pozwalając mi otrzeć się o jej ciało w progu i zanim się odwróciłem, a ona zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami, byłem już gotowy by wziąć wszystko, co zamierzała mi dać.
Przypomniałem sobie o wstążce i wyciągnąłem ją z kieszeni. Bez słowa pozwoliła mi dość niezdarnie zapleść swoje długie do pasa włosy. Zanim je związałem, jej spódnica była już wysoko podwinięta.
Zasnąłem, mając w głowie wspomnienie tamtego pierwszego razu, po którym już na dobre wszedłem nie tylko w nią, ale i do jej dość nędznego życia, które zaczęliśmy dzielić.