czwartek, 14 marca 2019

HOMOKOMANDO - PROLOG

HOMOKOMANDO

PROLOG


Seba podrapał się w potylicę.
Nie chciał, by uciążliwe swędzenie czaszki odwróciło jego uwagę od natchnionego monologu Dżordża, który - po kwadransie motywacyjnej gadki - zdawał się przemawiać głosem zesłanym skądś (bo przecież nie z niebiesiech...), a nie mówić do zebranych przed nim młodzieńców, którzy wszyscy, bez wyjątku, wpatrywali się w niego jak w billboard z najnowszym modelem dildo.
Włosy odrastały, by stać się kuszącymi, podatnymi na układanie puklami, ale przez to głowa, zawsze golona do skóry, regularnie, co tydzień, wydawała się jakaś obca... Różowy T-shirt z jednorożcem, który Seba wdział po zrzuceniu odzieży patriotycznej, nie stał się jeszcze jego drugą skórą, ale dresiarz czuł, jak to się zmienia, czuł to z każdym natchnionym zdaniem wypływającym z pociągniętych błyszczykiem warg Dżordża.
Seba uczył się walczyć z uczuciem zazdrości, które napadało go za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, że być może każdy z tych młodzieńców został indoktrynowany własnie przez Dżordża, a nie przez jakiegoś innego oficera: Majkela, Eltona, Dżejkoba czy Jarosława. Owszem, tamci byli bardziej przegięci, ale to właśnie Dżordż miał w sobie to coś - coś, co sprawiło, że gdy Seba schylił się pod prysznicem na siłowni po mydło i poczuł go właśnie tam, zamiast odwrócić się i pierdolnąć mu w pysk, po czym zbutować (choć akurat nie miał na sobie butów) i napluć na jego truchło, pieścił  uniesioną z pokrytej popękanymi płytkami podłogi kostkę mydła w rytmie z...
- Podstawowym narzędziem indoktrynacji jest??? - zapiał Dżordż.
- WAZELINA! - odhuknęli rekruci zgodnym chórem, podnieceni już do tego stopnia, że w rozporkach furkotały im śmigła.
Seba miał wrażenie, że Dżordż spojrzał bezpośrednio na niego zza różowych szkieł okularów, że widział, iż Seba nie krzyknął razem z innymi, nie uniósł w górę małego paluszka, odgiętego pod odpowiednim kątem.
Z pewnością czekała go jeszcze jedna "sesja indywidualna", sam na sam z oficerem, który ukaże mu dobitnie, ukaże mu dogłębnie słuszność ich racji. Seba liczył na to, że właśnie Dżordż zostanie przydzielony do tego zadania, że sam się do niego wyznaczy. 
Nie bał się, już nie.
Nowi rekruci homokomanda ustawili się tymczasem w pary, biorąc pod ręce, klepiąc po pośladkach i heheszkując pod wąsem, gotowi, by wyjść w noc i siać tęczową zarazę, rozprzestrzeniać brokatowy wirus.
Seba chciał iść z nimi, pragnął tego najbardziej na świecie, wiedział jednakże, że nie jest jeszcze gotowy, Sporo czasu minie, nim jego włosy zaczną kusząco powiewać lub sugestywnie stać uniesione żelem. Sporo czasu minie, nim jego mięśnie nabiorą odpowiedniej wiotkości, nim zapomni, jak się skręca szafki i wbija gwoździe. Łaknął podkładu w opalonym odcieniu, łaknął obcisłych, marynarskich topów od Gaultiera, powiewu feromonów spod wydepilowanych pach. Dżordż nauczył go pragnąć tego wszystkiego, Dżordż otworzył mu oczy i inne szczeliny ciała, Dżordż go nawrócił!
A przecież jeszcze kilka tygodni wcześniej Seba był zwyczajnym, przeciętnym, narodowosocjalistycznym dresiarzem z blokowiska, beneficjentem socjalu. 
Teraz ta jego haniebna przeszłość wydawała mu się tylko koszmarnym snem...

środa, 23 stycznia 2019

Z cyklu "miniaturki" - "Bul, bul..."




Mamo…?
Brak odpowiedzi.
Czasami brak odpowiedzi był lepszy niż to, co mówiła w gniewie.
Mamusiu…?
Ryzykował, w końcu nigdy nie było wiadomo, czy czułe słówka ją uspokoją, czy wkurzą. Nie było reguły.
Cisza.
Nie, nie cisza, pochrapywała nieznacznie, z głową odchyloną na oparcie złożonej wersalki. Znowu nie rozścieliła łóżka, nie przebrała się w piżamę, nie zmyła makijażu. Zauważył, że się maluje, dopiero wówczas, gdy po raz pierwszy zobaczył ją śpiącą z rozmazaną szminką i tuszem spływającym po policzkach, podobną rozjechanemu przez ciężarówkę szopowi praczowi… Wcześniej zawsze była jego śliczną mamusią.
Musiała być śliczna, nienaganna, elegancka. Zawsze i wszędzie. Odprasowana garsonka, szwy w pończochach wspinające się idealnie prostymi kreskami po jej łydkach, cieniutkie szpilki. Szefostwo przywiązywało uwagę do przestrzegania dress–code'u. Miała wrażenie, że całe jej życie zmieniło się w zlepek reguł, zasad, praw, których musiała przestrzegać, których nie można było złamać.
Zaczęła pękać już po dwóch latach pracy w korporacji, gdy próbowała odnaleźć się w firmie po powrocie z macierzyńskiego. Wzięli ją na staż w ramach jakiegoś programu unijnego, "aktywizacja zawodowa coś tam". Na szczęście szybko zaczęła zarabiać tyle, że starczyło na prywatną placówkę, w której syn mógł spędzać po czternaście godzin na dobę. Nie zauważyła, kiedy wyrósł z pieluch, zaczął sam wiązać buty, w końcu robić sobie kanapki i jeździć autobusem do szkoły. Miał jedenaście lat, ale chwilami zachowywał się już jak mężczyzna. Jak jedyny mężczyzna w jej życiu.
Adrian odszedł przez wódkę.
Gdy po raz pierwszy wrócił z dwutygodniowego zlecenia "u Niemca" i zastał ją w kałuży wymiocin, które jego dwuletni syn rozjeżdżał resorakiem, bawiąc się przy nieprzytomnej matce, nie powiedział ani słowa. Wykąpał dzieciaka, uprzątnął podłogę, poczekał, aż żona się obudzi. Gdy wytrzeźwiała, postawił ultimatum: terapia albo ich małżeństwo. I zabierze syna. Poszła na terapię, ale wróciła do potajemnego podpijania już po tygodniu, przygnieciona presją perfekcjonizmu w pracy. W torebce nosiła wiśniówkę w butelce po syropie.
Po drugim razie zrobił karczemną awanturę.
Po trzecim położył przed nią papiery rozwodowe, zimnym głosem oznajmiając, że sam jest niepijącym synem alkoholików. Skoro on potrafi, to ona też, a poza tym okłamała go zarzekając się przed ślubem, że nie pije. Bo wtedy nie piła, była już w ciąży. Tylko piwko, ale organizm się domagał. I kilka razy lampkę wina do kolacji. I raz łyczek żubrówki, maleńki, tylko jeden drink. No dobra, dwa…
Sąd rodzinny przyznał jej dziecko tylko dlatego, że Adrian nie miał stałego dochodu. A jej terapia nie była udokumentowana więc nie mógł wyciągnąć żadnych brudów przeciwko niej. W ogóle nie było żadnej terapii, wcale na nią nie chodziła. Nie miał żadnych świadków na jej rzekome picie, nikt nigdy nie widział jej na rauszu. Adrian nie miał śmiałości kłócić się przed sędziną, nawet mimo tego, że chodziło o losy jego syna. Może i matka Adama chlała, ale na dziecku nigdy się to nie odbiło. To było największe kłamstwo życia jej męża, powtarzane tak często, aż sam w nie uwierzył.
Oczywiście, że próbowała przestać! Tylko bez całego tego cholernego entourage'u, bez psychologów i grupowych sesji, podczas których musiałaby siedzieć w kółku z wszystkimi tymi pijaczkami i menelami o twarzach naznaczonych setkami upadków. Ona nigdy nie upadła po pijaku. Nie na twarz.
Nie była przecież żadną pieprzoną alkoholiczką! Miała świetną pracę w korporacji, wychowała syna, który doskonale potrafił się sobą zająć, już prawie spłaciła kredyt za kawalerkę, zostało zaledwie dziesięć lat! Młody dobrze się uczył i niczego mu nie brakowało, popołudniami chodził na angielski i aikido, w weekendy odwiedzał kolegów. I wszyscy ci koledzy na pewno się w niej podkochiwali, w końcu była najlepiej zrobioną mamuśką w całej szkole! A pozostałe matki mogły tylko zazdrościć jej figury, włosów za kilka stówek i nowych paznokci co tydzień. Szefostwo nie lubiło monotonii.
Młody wychodził z domu o siódmej i wracał wieczorem, kiedy ona była już dobrze wcięta, czasami pogrążona w pierwszej pijackiej drzemce. Zarzyganą widział ją tylko raz… dwa… trzy razy? Wielkie mi halo, każdy dzieciak na pewno widział kiedyś rodziców na rauszu! Przecież nie ćpała, nie puszczała się! Gdy wychodziła z domu zawsze była idealna, z tymi cholernymi szwami od pończoch przyciągającymi wzrok wszystkich facetów. Nie miała na nich czasu ani ochoty, musiała przeć do przodu, diamentowy stołek był już bardzo blisko, prawie w jej zasięgu. Jeszcze tylko kilka projekcików, ze dwie kampanie i może wytypują ją do awansu!
W robocie wszyscy patrzyli na siebie tak, jakby chcieli się pozagryzać. Nad uszminkowanymi ustami i przystrzyżonymi modnie wąsikami nerwowo rozszerzały się nozdrza, usta wyginały w fałszywych uśmiechach, dziewczyny cmokały powietrze przy swoich uszach stojąc w kolejce do ekspresu. Za plecami każdy każdemu obrabiał dupę, kradziono pomysły, kopiowano outline'y. A szefostwo nie znosiło donosicielstwa, wszystko miało być cacy, jak w szwedzkiej firmie–matce, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy podpisać się pod cudzą pracą. A tu była Polska właśnie, czego na górze najwidoczniej nie potrafiono pojąć. Szwedzkiej mentalności nie udało się przeszczepić do rodzimych, cwaniackich mózgów.
No i jak tu nie pić?
I tak była lepsza od większości. Połowa młokosów wciągała kreski na rozpęd, tłumacząc siorbanie nosami przeróżnymi alergiami. Ona pociągała tylko z buteleczki po syropie, nieczęsto, kilka razy dziennie. Zawsze w kibelku, bo wszędzie indziej był monitoring.
Po pracy wsiadała na miejski rower i jechała na kolejeczkę do baru w innej części miasta. Nie miała prawa jazdy, wolała jeździć komunikacją i mieć możliwość chlapnięcia sobie w każdej chwili.
Po powrocie do domu wlewała sobie dżin z tonikiem, tak na rozluźnienie. Wiedziała, że siksy z roboty ją obgadują, puszczają ploty o tym, że wskoczyła na szczebelek wyżej robiąc laskę szefowi. Miała to gdzieś. W domu nie mogły jej dosięgnąć. Nalewała sobie wina, siadając do komputera. Po kilku głębszych robiła mnóstwo literówek, ale poprawiała wszystko następnego ranka, gdy młody był już w szkole, a ona wygrzebywała się z łóżka, często niepościelonego, zdejmowała z siebie korporacyjny uniform i wskakiwała w świeży. Spędzała pół weekendu nad cholerną deską do prasowania. Ale nie mogła pozwolić sobie na to, żeby wyglądać gorzej od tych gówniar. Zimne piwo doskonale chłodziło ją, gdy stała którąś z rzędu godzinę nad buchającym parą żelazkiem.
No dobra, raz czy dwa, odchodząc na miękkich nogach od deski po którąś tam puszkę, nie wróciła do prasowania, zasiadając z browarem przy kuchennym stole. W ten głupi sposób zniszczyła najlepszą bluzkę od Diora.
Otworzyła oczy, a przynajmniej próbowała rozkleić powieki zlepione rozmazanym tuszem. Jakiś dziwny odgłos wyrwał ją z drzemki. Jakieś bulgotanie, chlupot…? Ale co tu mogło chlupać? Może nie dokręciła kranu, gdy myła sobie kieliszeczek do koniaku? I gdzie był ten kieliszeczek…?
Wstała, rozdeptując go na dywanie, zaklęła szpetnie, zachwiała się, przytrzymując oparcia wersalki. Musiała zidentyfikować ten odgłos, to cholerne bulgotanie: bul, bul, bul! Gęsty, lepki odgłos, tak znajomy, a jednocześnie tak abstrakcyjny…
Przepełzła do kuchni, jakimś cudem utrzymując się na nogach. Czy można było pełzać w pionie? Owszem, opanowała tę sztukę do perfekcji.
I wtedy go zobaczyła.
Stał odwrócony do niej plecami, przy zlewie, a przez bulgoczący odgłos przebijało się jakieś kwilenie, popiskiwanie, co on robił, do jasnej cholery…? Podśpiewywał?
Na blacie stołu stała cała bateria butelek, cały jej drogocenny bareczek, wszystko, co miała schowane na czarną godzinę: koniaczek, dwie wiśniówki, żubrówka, pół butelki czystej, którą odstawiła kiedyś, gdy zabrakło jej soku. Nie piła bez zapojki, jak jakaś menelka, o nie! Tylko że teraz butelka nie była do połowy pełna. Była pusta. Tak samo, jak wszystkie pozostałe.
Cholerny gówniarz opróżniał do zlewu jej ostatniego whiskacza!
Najpierw zacisnęła usta, potem chciała krzyknąć, ale zamiast tego z jej gardła wydobył się jakiś suchy charkot.
Adaś odwrócił się, upuściwszy butelkę do zlewu, huknęła o dno, nie rozbijając się. Może mogłaby jeszcze coś z niej uratować, chociaż kropelkę?
Przestraszył się. Przestraszył się jak nigdy wcześniej na widok tego charczącego potwora o rozczochranych włosach, o twarzy pokrytej czarnymi smugami, potwora, który sapał, wbijając pazury ozdobione jakimiś idiotycznymi wzorkami w futrynę, potwora, który zamierzał rzucić się na niego, szarpać i krzyczeć, bić w miejsca, które mógłby zasłonić ubraniem tak, aby nikt nie zauważył. Potwora, który kiedyś był jego śliczną mamusią.
Musiał jednak w końcu to zrobić, musiał uwolnić i ją, i siebie. Kto inny miałby to zrobić? Ojciec nie chciał ich znać, a przecież nie mógł powiedzieć w szkole, że jego matka pije! Jedyna droga do wolności wiodła przez odpływ w zlewie, a przynajmniej on nie widział innej.
Stał drżąc na całym ciele, a ona zbliżała się do niego, nie mógł odczytać wyrazu jej twarzy. Szła i szła, w zwolnionym tempie, jak w koszmarze, jak w horrorze.
Aż doszła.
Uniosła gwałtownie rękę, a on przygotował się na pierwszy cios. Ale do trzech razy sztuka. Dwa razy wcześniej się nie udało, więcej nie zamierzał próbować. Najwidoczniej tak już miało być…
Coś w niej pękło, gdy uświadomiła sobie, że bardziej zależy jej na gorzale, niż na własnym dziecku. Pękło nie pierwszy raz i nie ostatni, ale w tej chwili, w której skulił się przed uderzeniem pomyślała, że jest ostatnim – choć tak małym – człowiekiem, który usiłuje uwolnić ją ze szponów… E tam, ze szponów, przecież nie była żadną pijaczką!
Zostaw, synuś… – mruknęła, przygarniając go do siebie. Śmierdziała, ale nie dbał o to. Jutro dokupię… pomyślała, ale jednocześnie zdecydowała, że dzisiejszego wieczora może sama o sobie decydować, dzisiaj mogła być wolna. – Chodź, rozłożysz mamusi łóżko… – powiedziała głośno, opierając się na jego podrygujących od szlochu ramionach.



czwartek, 22 listopada 2018

Tydzień z życia Adeli - EPILOG


EPILOG

2 października
wtorek
11:00

To był on! Znowu on!
Adela poczuła, że serce podchodzi jej do gardła, gdy zbliżała do wieszaka, zdejmując palto i odwieszając je w kącie, choć kelner jak zwykle usiłował jej pomóc. Odgoniła go jak natrętną muchę.
A ten tutaj, śledzący ją od tygodnia fircyk, co on sobie właściwie wyobrażał? Przyszedł do JEJ kawiarni, usiadł przy JEJ stoliku i podał się za JEJ znajomego! Nie mogła się przecież teraz wykręcić, prosić kelnera, żeby go przegonił, przecież to nie był jakiś zabłąkany, zapchlony szczeniak, którego się odpędzało w obawie przez zarażeniem świerzbem!
Poczuła, że spotniały jej dłonie, ściskała przed sobą torebkę jak tarczę.
- Bardzo przepraszam – zaczął nieznajomy niskim, zachrypniętym głosem, jakby słowa nie chciały się wydostać, albo wręcz przeciwnie, jakby chciał powiedzieć jej za dużo. - Proszę się nie denerwować, mam dla pani wiadomości o Stefanie Szadzkim.
Adela opadła na krzesło, które zawsze stało w tym samym miejscu.
Dlaczego ten facet chciał rozmawiać z nią o Stefanie?
- Skąd pan zna Stefana Szadzkiego? - zapytała cicho, a jej głos wcale nie brzmiał lepiej, niż jego przed chwilą. Był nawet niewiele wyższy. W zasadzie zabrzmiała jak stara menelka i przez myśl jej przemknęło, że robienie koszmarnego pierwszego wrażenia to było coś bardzo w jej stylu.
Rozmówca chyba tego nie usłyszał, był wyraźnie zdenerwowany, miętosił dłonią pasek od swojej nieodłącznej listonoszki. Przez chwilę wisiał nad Adelą jak jakieś widmo przeszłości, po czym usiadł naprzeciwko.
- Skąd pan zna Stefana i dlaczego niby miałabym o nim rozmawiać z nieznajomym? - wysyczała przez zęby. - Jest pan jakimś jego pełnomocnikiem? Jakimś prawnikiem?
Chłopak wpatrywał się w nią tak intensywnie, że ledwie mogła to znieść.
- No? - palnęła w końcu. - To pan za mną łazi od tygodnia, chce pan ze mną rozmawiać o byłym mężu, więc słucham. O co chodzi?
Mężczyzna popatrzył na swoje złożone na stole dłonie, potem znów na Adelę, a potem znów na stół.
- Stefan Szadzki umarł wiosną. Powinna pani o tym wiedzieć.
Adela poczuła, że blednie, ścisnęło ją w dołku.
- To co zwykle, pani Adelo? - zapytał kelner, który pojawił się znikąd, a ona tylko pokiwała nieprzytomnie głową i nie mogła przestać gapić się na rozmówcę, w którego obliczu nagle dostrzegła jakieś niewytłumaczalne podobieństwo do męża. Do byłego męża. I – jeśli wierzyć jego słowom – do zmarłego męża.
- Dlaczego powinnam to wiedzieć? Rozwiedliśmy się jakieś pięćset lat temu! Mąż mnie porzucił i wyjechał za granicę! - powiedziała zbyt głośno i wbrew sobie, ale nagle zapragnęła wyżyć się na tym bezczelnym gówniarzu za wszystko, za całe zło, które ją spotkało przez ostatnie trzydzieści lat. - Kim pan jest, do cholery, i dlaczego niby mam panu wierzyć?
Chłopak poruszył się na krześle, jakby było gorące.
- Pani Adelo… - zaczął znowu i nagle jakby się zmitygował. - Przepraszam, czy mogę pani mówić po imieniu? Nazywam się Adam Szadzki, jestem synem Stefana.
Adela poczuła, jakby ktoś zdzielił ją w twarz.
Zamrugała kilkakrotnie, modląc się w duszy, by widmo tego człowieka się rozmyło.
- Synem Stefana Szadzkiego? Mojego byłego męża? Ile pan ma lat? Trzydzieści? Z tego by wynikało, że przygruchał sobie jakąś kobietę jeszcze w czasie, gdy byliśmy formalnie małżeństwem!
Zabrzmiało to okropnie i niegrzecznie, ale Adela miała to gdzieś. Pragnęła odprawić tego stefanowego bękarta i wypić pieprzony koniak, który kelner postawił przed nią nie wiadomo kiedy.
- A matka? Kto jest pańską matką, synu Stefana Szadzkiego?
Zapanowała cisza, ludzie wokół szeptali, śmiali się i pobrzękiwali naczyniami, ale Adeli zdawało się, że dusił ją dźwiękoszczelny kokon.
- Pani Adelo, zacząć trzeba od tego, że pani nigdy nie rozwiodła się ze Stefanem Szadzkim.
- Co pan pieprzy, na miłość boską? - zapiała, czując, że krew odpływa jej z twarzy. Zrobiło jej się zimno, a zaraz potem gorąco. - Przecież podpisałam papiery, to było w szpitalu, zaraz po tym, jak… - ugryzła się w język.
Nie mogła opowiadać obcemu człowiekowi o pobycie w szpitalu, o traumatycznym porodzie i o tym, jak Stefan wkładał jej do ręki długopis, gdy półprzytomna z bólu i żalu lewitowała gdzieś pod sufitem, a jej nafaszerowane lekami ciało leżało sflaczałe na szpitalnym łóżku.
Chłopak patrzył na nią, a przez jego twarz przemykały mikrogrymasy, jakby miał zaraz rozpłakać się i uciec. W końcu uciekał przed nią przez ostatni tydzień, choć zdawało jej się, że to ona uciekała.
- Kim jest pańska matka? - powtórzyła, ledwie otwierając usta.
Chłopak przełknął, grdyka poruszyła się w górę pod niedogoloną skórą szyi.
- Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że jest nią Bogna Klimska.
Brwi Adeli podjechały wysoko na czoło gdy usłyszała swoje rodowe nazwisko.
- Bogna Klimska? Chce mi pan powiedzieć, że mój były mąż sypiał z moją siostrą gdy ja leżałam naćpana w szpitalu?
Jak to wszystko okropnie, strasznie, obrzydliwie brzmiało!
Mężczyzna wypuścił powietrze ze świstem, po czym nagle przypomniał sobie o torbie i wydobył z niej jakieś wyświechtane kartki w foliowej, biurowej koszulce.
Podsunął zszargany dokument Adeli, a ona ze zgrozą stwierdziła, że nic nie przeczyta bez okularów. Sięgnęła do torebki i wsunęła rogowe oprawki na nos.
- Co to jest…? - zapytała bardziej siebie, niż jego. Na dole strony widniał jej krzywy podpis. - To wygląda jak papiery rozwodowe, które podpisałam trzydzie…
To nie były papiery rozwodowe.
- Pani Adelo, to jest zrzeczenie się praw rodzicielskich do dziecka.
- Do jakiego dziecka…? - pisnęła, a niechciane łzy zamazały jej wzrok. - Przecież ja nie mam dziecka, mój jedyny syn urodził się martwy!
Boże wszechmogący i wszystkie jego diabły w piekle! Czy ten człowiek wiedział coś na temat jakiegoś dziecka, które ona urodziła i nawet o tym nie pamiętała?
- Pani Adelo, z tego dokumentu wynika, że to ja jestem tym synem. Moja przysposobiona matka, Bogna Klimska, podająca się za Bognę Szadzką, pani siostra, która mnie wychowała razem ze Stefanem, dała mi te dokumenty po śmierci ojca. A potem opowiedziała mi o tym, jak ojciec panią ubezwłasnowolnił i odebrał prawa do dziecka. To prawda, co pani powiedziała, że Stefan panią porzucił, ale to było z troski o… pani Adelo?
Poczuła, że osuwa się na krześle, zrobiło jej się ciemno przed oczami.
Słyszała, jak mężczyzna, Adam Szadzki, jej domniemany syn, woła kelnera, potem ktoś spryskał jej twarz wodą, jakiś rytmiczny powiew schłodził jej czoło.
- Pani Adelo, pani Adelo, lepiej?
Otworzyła załzawione oczy i przez moment zdawało jej się, że to Stefan pochyla się nad nią.
Ludzie odwracali się w ich stronę i szeptali.
Siedziała na sofie, nie na krześle, na oparciu leżała zwilżona kelnerska ściereczka.
- To wzywać tę karetkę, proszę pana? - dobiegł skądś znajomy głos kelnera.
- Nie trzeba! Już dobrze, dziękuję!
Czy to Stefan mówił…?
- Pani Adelo, ja przepraszam, nie chciałem pani zdenerwować, ja…
- Przestań, chłopcze! - kobieta wyprostowała się, powiodła po sali groźnym spojrzeniem, chcąc pokazać, że ma wszystko pod kontrolą.
Nie miała nic pod kontrolą.
Nie kontrolował swojego życia, nie kontrolowała tej rozmowy. Chciała się napić.
Koniak błyszczał w kieliszku jak świeża żywica i równie obłędnie pachniał.
- Posłuchaj mnie, Adamie Szadzki, to jest jakieś wariactwo! Może i jesteś potomkiem mojego zdradliwego męża i mojej puszczalskiej siostry, ale co to za bzdura z tym synem, z tym moim synem? To jakiś chory żart?
- Pani Adelo, przepraszam raz jeszcze, to nie jest żaden żart! Ja też nie mogłem w to uwierzyć, nie chciałem uwierzyć w to, co mi opowiadała matka… to znaczy, Bogna, myślałem, że postradała zmysły po śmierci Stefana! Ale gdy przeczytałem te papiery, to nagle wszystkie dziwactwa moich rodziców stały się jasne! Bo oni żyli raczej jak brat i siostra. Bogna opowiedział mi, jak Stefan przyleciał z niemowlakiem do Kanady, jak płakał przez całe tygodnie, bo nie mógł pogodzić się z tym, co pani zrobił, a jednocześnie nie miał sił na to, by wrócić. Bo on bardzo panią kochał, ale bał się tej miłości. Był słabym człowiekiem. Zrobił to, co uważał za słuszne i poświęcił panią, żeby ocalić dziecko. Żeby ocalić mnie.
Adela czuła się jak na kiepskim filmie, jak w telenoweli. Oto wrócił jej syn, zmartwychwstał i odnalazł ją po trzydziestu latach. Odnalazł ją po to, by powiedzieć jej o śmierci mężczyzny, z którym nigdy się nie rozwiodła, któremu nie mogła nawet napluć w twarz za to, co jej zrobił. Za to, że ją porzucił, ukradłszy jej dziecko. Dziecko, które pewnie zaniedbałaby, może nawet zabiła w jakimś pijacko-narkotycznym widzie. Chyba powinna raczej Stefanowi podziękować…?
- To są jakieś kompletne bzdury! - szepnęła w przestrzeń.
- Pani Adelo, ja wiem, że to brzmi absurdalnie. Ja sam nie mogłem w to uwierzyć, ale… To może być prawda. Początkowo nie chciałem pani odszukać, w końcu nikt nie wiedział, czy pani w ogóle jeszcze… Przepraszam, nie chciałem.
- Nie przepraszaj. Byłam pijaczką i lekomanką. Tego się nie wyprę. Nie zamierzam teraz udawać przed tobą, nawet jeśli jesteś tylko obcym wariatem.
- Może i jestem wariatem, chyba faktycznie nim jestem. – Adam patrzył jej prosto w oczy. – Przez tydzień chodziłem za panią w nadziei, że zdobędę jakiś materiał genetyczny do badań, jakiś kubek po kawie, niedopałek papierosa, ubzdurałem sobie, że to będzie jak w amerykańskim filmie i zeskrobią pani DNA z łyżeczki żeby potwierdzić nasze pokrewieństwo. I to faktycznie było wariactwo! Musiałem chociaż spróbować z panią pomówić. Przepraszam, jeśli namieszałem w pani życiu.
- W życiu? W jakim życiu? Ja nie mam życia! Łażę po knajpach i gadam do kwiatka! Jeśli to prawda, to wszystko, co mówisz, to znaczy że życie nas obojga uknuł sobie Stefan! Stefan Szadzki, mój maż! I teraz jestem wdową, tak? Z dzieckiem! Dobrze chociaż, że nie z nieślubnym!
Zaśmiał się, ale zaraz powstrzymał, choć był to bardzo przyjemny śmiech. Zupełnie, jak Stefana.
- Pani Adelo, ja wiem, że to jest jeszcze większe wariactwo, ale ja przyjechałem z Kanady po to, żeby panią poprosić o zgodę na te badania. Ja muszę wiedzieć, czy to faktycznie pani jest moją matką.
Teraz to Adela wybuchnęła śmiechem.
- Pan żartuje, prawda? To wszystko jakiś ostatni durnowaty żart Stefana! Może nie chciał się panu przyznać, że porzucił żonę tuż po stracie dziecka i poleciał szlajać się z jej siostrą? Może spreparował te papierzyska, żeby wplątać nas oboje w jakąś chorą gierkę?
- Zza grobu?
No tak, Stefan przecież umarł. Nawet nie było jej specjalnie żal, a przynajmniej powtarzała to sobie w kółko w głowie.
- Pani Adelo, proszę się chociaż zastanowić. Ja tu przyjdę za tydzień, o jedenastej. I wtedy da mi pani odpowiedź, dobrze? Proszę. Nawet, jeśli miałaby pani odmówić. A teraz już pójdę, bo faktycznie zachowuję się jak wariat i ma pani pełne prawo za takiego mnie uważać.
Ładnie się wysławiał, ładnie gestykulował podczas mówienia. Podobał jej się. Gdyby kiedykolwiek miała syna, to mógłby być właśnie takim mężczyzną.
- Proszę sobie iść, kawa mi stygnie! - Adela spojrzała na niego i poczuła, że jakieś wzruszenie ściska jej serce.
Przez długą chwilę patrzył na nią, a potem powoli wstał. Ukłonił się dość niepewnie i podsunął papiery w jej stronę, po czym wyszedł niespiesznie, przerzuciwszy pasek od torby przez ramię.
Patrzyła przez czystą szybę za jego wysoką, zgrabną sylwetką. Chodził też ładnie. Zupełnie tak samo, jak Stefan.
Uniosła kieliszek pod światło i zapatrzyła się w słońce, zasłuchana w dzwony.
- Śpij Spokojnie, Stefan… - szepnęła i wychyliła koniak duszkiem.

KONIEC


poniedziałek, 19 listopada 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 7




1 października
poniedziałek
19:47

Ten wieczór był wyjątkowo smutny i to nie tylko dlatego, że przy sąsiednim stoliku przed chwilą przecudnej urody szatynka przyjęła oświadczyny bajecznie przystojnego blondyna.
Od jakiegoś czasu Adeli przypominały się tylko smutne chwile życia, i choćby nie wiadomo, jak się starała, nie była w stanie przypomnieć sobie niczego wesołego. Choroba, rozwód, oddział zamknięty, oddział patologii ciąży w szpitalu, martwe dziecko zawijane w sprane, niebieskie prześcieradło i zabierane, zanim zdążyła chociażby na nie spojrzeć. Przecież ona nawet nie wiedziała, gdzie znajdował się grób jej synka! A może wiedziała, ale po prostu nigdy tam nie była? Nie potrafiła wyobrazić sobie siebie samej wstawiającej kwiaty do kamiennego wazonu z lastryko, zdrapującej porosty z maleńkiej mogiłki z wyrytym napisem „Powiększył grono aniołków”. Czy ktokolwiek postawił pomnik jej dziecku? Czy ktokolwiek skrobał te porosty i stawiał doniczkę z chryzantemami pierwszego listopada? Może powinna zadzwonić i się dowiedzieć, iść na ten grób w tym roku, po raz pierwszy od… ilu lat? Tylko do kogo zadzwonić?
Czy jej syn byłby podobny do tego uroczego młodzieńca, który gruchał do ucha swojej wybrance przy akompaniamencie skrzypiec?
Adela nie wiedziała, dlaczego właściwie przychodziła do tej restauracji, w której płaciło się pół emerytury za trzydaniowy posiłek dla dwojga. Nigdy tyle nie zapłaciła, bo zazwyczaj zamawiała tylko przystawkę składającą się z wymyślnie poprzeplatanych ze sobą łodyżek jakichś kiełków i alkohol, którego nie piła.
Tego wieczora czuła się wyjątkowo surrealistycznie, bo lokal był prawie pusty, tylko ta para jak z holiłódzkiego filmu przeżywała swoje mała szczęście tuż obok niej. Żałowała, że nie usiadła gdzieś w kącie, przy pojedynczym stoliku. Rezerwowała miejsce dla dwojga i przez cały wieczór wpatrywała się w pusty talerz, jak w miejsce przy wigilijnym stole, do którego przecież nikt nie dopuściłby żadnego zagubionego wędrowca.
Łzy kapały na warkoczyk z zielonych łodyżek, zabarwione tuszem. Dalej kupowała tusz-plujkę w rozklekotanej budzie na ryneczku, gdzie leciwa sprzedawczyni z pianą ondulacji na głowie pielęgnowała potrzebę niektórych kobiet nieustannego spoglądania z nostalgią w przeszłość.
I wtedy go zobaczyła: siedział skulony w półmroku, tak, jak ona powinna była siedzieć; na wpół rozpuszczony w cieniach lokalu, na jego twarzy tańczył migotliwy cień, uwydatniając orli nos.
Adela zacisnęła usta, otarła oczy lnianą serwetką, nie dbając o to, czy ktokolwiek zdoła ją doprać. Przez długą chwilę wpatrywała się w rozmazaną twarz nieznajomego. W zasadzie przestała już myśleć o nim jak o nieznajomym. W myślach nazywała go „swoim chłopakiem”. 
Dziś przez cały dzień wygłaszała tyrady do paprotki, snując przeróżne spiskowe teorie na jego temat. Niektóre były absurdalne, inne wydawały jej się całkiem prawdopodobne, a jeszcze inne zamieniały się w romantyczne bajdurzenie starej baby, która naczytała się za dużo romansideł. Paprotka usłyszała więc historię o siostrzeńcu z Kanady, choć Adela przecież wiedziała, że jej siostra nie ma dzieci; o prawniku, który zamierzał przekazać jej spadek po byłym mężu, choć przecież to było niemożliwe, jako że Stefan nie potrafił nic, na czym mógłby dorobić się majątku. Obie te historyjki były w zasadzie prawdopodobne, gdyż Adela straciła kontakt zarówno z siostrą, jak i z byłym mężem wiele lat temu i nie wiedziała, jak potoczyły się ich losy. A może tajemniczy mężczyzna był ich synem? To byłoby zbyt potworne, ale gdy wspomniała fakt, że rodzina zamknęła ją na długie miesiące w szpitalu psychiatrycznym, to nawet ten scenariusz wydał się jej prawdopodobny.
Uniosła kieliszek w stronę tajemniczego chłopaka, jednak ten nawet nie drgnął. Miała ochotę upić łyk, ale powstrzymała się w ostatniej chwili, gdy uświadomiła sobie, że zachowuje się jak stara kokota usiłująca poderwać jakiegoś szczeniaka. Nawet gdyby była kokotą, a on żigolakiem, nie byłoby jej stać na jego usługi. Ile mógł kosztować numerek z młodym przystojniakiem? Czy którykolwiek z nich byłby na tyle zdesperowany, by ją dotknąć? I czy ona zniosłaby dotyk młodego mężczyzny, zaskorupiała w swojej samotności, psychicznie i fizycznie? Oczywiście, że nie, sama ta myśl napełniła ją nagle odrazą.
Skrzypce zaintonowały jakiegoś czardasza.
Przez chwilę patrzyła na śmiejącą się dziewczynę, na jej świeżo upieczonego narzeczonego, który namawiał ją żarliwie do tańca, aż w końcu dała się przekonać i zawirowali na środku pustej sali.
Usiłowała dostrzec mrocznego chłopaka za ich pląsającymi sylwetkami.
W kącie sali zostały już tylko rozedrgane cienie.
A może on był jakimś duchem? W końcu nigdy nie widziała ducha, mógł przecież wyglądać jak normalny człowiek i rozpływać się we mgłę pod palcami. Niemożliwe, przecież go dotknęła, otarła się o niego wtedy w drzwiach, i wówczas jego ciało było jak najbardziej rzeczywiste.
Wstała od stolika z zamiarem powrotu do domu i wypłakania się w paprotkę.
I z mocnym postanowieniem, ze jej jutrzejszy koniaczek będzie ostatnim wyjściem na miasto. Potem zamierzała zrosnąć się z piżamą i zapaść w sen zimowy, choć do zimy było jeszcze cholernie daleko.
W jej umyśle zima panowała jednak nieprzerwanie od dwóch dekad.

wtorek, 23 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 6

30 września
niedziela
20:00

Patrzyła na pierzaste liście paprotki od godziny, choć w pokoju było już niemal zupełnie ciemno. Z ulicy wpadał mdławy blask latarni, a radio w kuchni szeleściło niemrawo, sącząc jakąś listę przebojów, której słuchała od dwudziestu lat z okładem.
Kupiła kwiatek rano, pod wpływem jakiegoś irracjonalnego impulsu, gdy wracała z osiedlowego sklepiku z mlekiem i bułkami w torbie. Kwiaciarnię otwarto niedawno, w oknie wystawowym piękniły się wielopędowe storczyki i inne wymyślne ikebany; ale jeśli szło o paprotki to wyboru nie było. Asymetrycznie ostrzyżona florystka tylko uniosła brwi zdziwiona i przyniosła z zaplecza doniczkę, która chyba zaplątała się przez przypadek w dostawie egzotycznych epifitów.
Adela nie zapytała nawet, jak często trzeba kwiat podlewać, w końcu zamierzała zalać go wódą, którą kupiła w otwartym non stop monopolowym i wrzuciła do siatki z bułkami. Ale gdy już wtarabaniła się na trzecie piętro (winda znowu wysiadła…) i rozpakowała zakupy, przeszła jej ochota na wygłupy. Pomysł z wlewaniem wódki do rośliny wydał jej się idiotyczny.
Sącząc poranną, mleczną kawę chodziła po mieszkaniu w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na doniczkę. Prawie do południa przestawiła ją bodajże z dziesięć razy, po czym siadała i wpatrywała się w kwiat, jakby był istotą z innej planety. Dlaczego przestała trzymać w mieszkaniu rośliny? Pewnie dlatego, że w ogóle o nie nie dbała i wszystkie, które kiedykolwiek dostała w prezencie, lądowały zasuszone w zsypie.
Wpatrywanie się w plamę zieleni przywoływało przeróżne wspomnienia, chociaż wszystkie z nich były bure, szare lub smoliście czarne. Usiłowała przypomnieć sobie jakieś momenty szczęścia, ale oprócz kilku prywatek ze Stefanem i pewnego Sylwestra z lat siedemdziesiątych nie potrafiła niczego takiego przywołać. Gdzieś tam migały wspomnienia wypraw z rodzicami do kawiarni, ale była prawie pewna, że akurat te były wymyślone.
Gdy leżała skrępowana pasami na szpitalnym łóżku, albo siedziała zakutana w kaftan, miała dużo czasu na snucie wspomnień, na wymyślanie ich takimi, jakimi naprawdę powinny być. Robiła to jednakże w jakiś irracjonalny sposób: wszystko to, co faktycznie było przyjemne, zniekształcała tak, aby wypaczyło się w traumatyczny koszmarek. Tym sposobem nadwrażliwy Stefan, który troszczył się o nią i o ich nienarodzone dziecko, stał się potworem, który doprowadził do jego śmierci, do jej zamknięcia w psychiatryku, a potem do rozwodu. A przecież to ona była temu winna. To ona piła, to ona się cięła, to ona wszczynała awantury i okładała męża pięściami. A teraz próbowała wmówić sama sobie, że to w nim tkwiło całe zło.
Westchnęła ciężko i spojrzała na nietkniętą butelkę wódki stojącą od rana na stole. Bursztynowy płyn połyskiwał w blasku latarni.
A może by tak jednak się napić? Tylko kieliszeczek…?
Znała się jednak zbyt dobrze, wiedziała, że na jednym kieliszeczku by się nie skończyło. Wydoiłaby całą butelkę, a potem poturlała się do monopolowego po więcej. Tylko tym razem nie byłoby przy niej Stefana, który wyłuskałby ją z zarzyganej pościeli i wrzucił do wanny.
Ciekawe, co się z nim teraz działo?
Przez lata wmawiała sobie, że nic ją to nie obchodzi, i początkowo faktycznie tak było. Po rozwodzie wyjechał gdzieś za granicę, do Szwecji czy Szwajcarii, a może do Finlandii? Nie wiedziała, jak udało mu się zdobyć potrzebne dokumenty, przebić za żelazną kurtynę i dotrzeć tam, gdzie nigdy nie miała go znaleźć. Czy był szczęśliwy? Czy ułożył sobie życie z jakąś wysoką, białowłosą Ingrid, która nie miała nałogów? Z jakąś Kirsti, której fiordy jadły z ręki? Przez lata nie kontaktowała się z siostrą, od dekady prawowitą obywatelką Kanady, jedyną osobą, która mogła wiedzieć, gdzie się podział Stefan, czy w ogóle jeszcze żył. Dawno temu podarła kartkę z zagranicznym numerem siostry.
Pogodziła się z myślą, że być może już nigdy się nie spotkają. Zresztą, niespecjalnie się lubiły. Ba! Przez całe życie nienawidziła ułożonej prymuski, pedantycznej, sztywnej jak kij od szczotki ulubienicy rodziców. Bo że kochali ją bardziej, to wiedziała na pewno, choć nie zapytała ich o to nigdy, a teraz mogła co najwyżej porozmawiać z ich mogiłami.
Na cmentarzu nie była od kilku lat.
Jak to się stało, że stała się taką zasuszoną mumią? Dlaczego odcięła się od rodziny, tych kilku koleżanek, dlaczego po rozwodzie ze Stefanem nigdy nie spróbowała nawet pójść na randkę, choć mężczyźni zerkali na nią łakomie zanim się tak haniebnie zapuściła?
Nie miała nawet kota, choć pewnie i jego zasuszyłaby jak doniczkowe kwiatki.
Prawda była taka, że Adela nienawidziła przede wszystkim siebie. Początkowo było to tylko niskie poczucie własnej wartości, potem niechęć, a w końcu nienawiść do własnej osoby, która sprawiła, że zaczęła się kaleczyć. A potem było już tylko gorzej, staczała się w dół spiralą samozagłady z której nie było ucieczki.
Ktoś taki nie zasługiwał na drugą szansę, ani na żadną kolejną.
Ktoś taki zasługiwał co najwyżej na paprotkę w doniczce.
Podniosła się z wersalki i podeszła do okna, zerkając na opustoszałą ulicę. Latarnie rzucały na zroszony deszczem chodnik kręgi pomarańczowego światła, gdzieś wył samochodowy alarm, a spiker w radio zapowiadał piąte miejsce na liście przebojów.
Zdawało jej się, że pod jedną z latarni majaczy znajoma męska sylwetka, ale musiało to być przywidzenie. Nikt normalny nie wystawałaby w deszczu w niedzielny wieczór.
           Nawet nienormalny stalker.

sobota, 13 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 5

29 września
sobota
14:00

      Czekała na niego.
     Oczywiście, nie przyznawała się do tego przed sobą; mało tego, prowadziła ze sobą niemą, wewnętrzną przepychankę, jakby beształa się za to nieustanne rozglądanie, za to mało dyskretne przyglądanie się każdemu, kto pojawił się w ogródku.
    Bąbelki z szampana już dawno uleciały, a sałatka stała nietknięta. Adela była głodna czegoś innego, spragniona innych wrażeń niźli tylko przyjemnego pieczenia alkoholu na języku. Przecież i tak nie zamierzała tknąć tego szampana, prawda? Kupiła go tylko po to, by ci wszyscy gówniarze siedzący wokół jej zazdrościli, by zastanawiali się, czy i oni mogą sobie pozwolić na taki luksus, w środku dnia, wtłoczeni w dizajnerskie ramki okularów, w elegancko przystrzyżone bródki, w skarpety z włóknami bambusa i espadryle o sznurkowych podeszwach. Te wszystkie młode matki, siorbiące wodę kokosową i koktajle z natki pietruszki i jarmużu, wściekłe na dzieci srające w eko-pieluchy, które trzeba było prać zamiast szurnąć do kosza. Ci młodzi mężczyźni nerwowo zerkający na ekrany telefonów, mogące w każdej chwili rozbłysnąć awaryjnym wezwaniem do korporacji.
      Jakże ona nimi wszystkimi pogardzała!
     Była już na tym etapie życia, kiedy to gardziło się wszystkim, co było młode. Nie musieli być nawet piękni i szczupli, by wzbudzać w niej tę pogardę, wystarczyło, że po prostu mieli przed sobą wszystko to, co ona już zdążyła tak spektakularnie spieprzyć i zmarnować.
     Tak jak wczorajszego wieczora.
     Śmiała się z siebie, ale był to śmiech przez łzy. Żałowała, że nie pozwoliła się zaczepić temu chłopakowi. Co mógł jej zrobić? Okraść? Z czego, skoro wszystko przepuściła w knajpie na kolejki stawiane barmanowi? Zgwałcić? Wolne żarty! Była już towarem zdecydowanie przechodzonym i nierębnym, gwałtu na niej nie ryzykowałby największy desperat! A tamten facet desperatem przecież nie był, prawda? To znaczy był, ale ewidentnie w jakiejś aseksualnej materii. W końcu pojawiał się w jej stałych, ulubionych miejscach. 
     A może to były jego ulubione miejsca, a ona po prostu wcześniej go nie zauważyła? Czy pamiętała twarze wszystkich stałych bywalców tych swoich rytualnych miejsc? Oczywiście, że nie pamiętała, miała gdzieś ludzi, którzy się tam pojawiali. On jednakże przykuł jej uwagę i miała wrażenie, że zaczyna projektować jego obraz na każdego, że zaczyna zauważać go wszędzie. Co takiego było w jego twarzy, że nie mogła przegnać jej obrazu z pamięci? Może ten jego szlachetny, chopinowski niemal, orli nos?
     Nagle przypomniała sobie, jak bardzo bolało złamanie.
     A potem coś jeszcze: to wcale nie Stefan złamał jej nos. On tak naprawdę nigdy jej nie uderzył, prawda? Spadła wtedy ze schodów, po pijaku. Ale Adela chciała, żeby tak było, chciała zrobić z niego potwora, choćby tylko we wspomnieniach, kogoś, na kogo mogłaby zwalić całą winę za ich nieudane małżeństwo, za ich rozstanie. Nie chciała pamiętać, że Stefan tak bardzo walczył o ten związek, że tak bardzo chciał, by wyzdrowiała, by przestała się kaleczyć. Chciał tak bardzo, że aż ją ubezwłasnowolnił. 
     Naciągnęła ażurowy rękaw aż na dłoń, ukrywając blizny. Nie pamiętała, od ilu lat nie nosiła bluzek z krótkim rękawem, nie obnażała się publicznie. A i prywatnie nie miała się przed kim obnażać.
     Westchnęła jakoś tak tęsknie i zaczęła zbierać się do wyjścia. Tłumek wokół szemrał, szemrał sztuczny strumyczek ciurglający kanałkiem wykopanym wokół tarasu, szemrały dzieci i ich matki, szemrali chłopcy w okularach w rogowych oprawkach. A w niej szemrała dusza, tęsknie, cichutko, jakby już nigdy nie miała zaśpiewać. 
     Adela uniosła kieliszek, by popatrzeć na niego pod światło. Bardzo to lubiła. W jej życiu zostało już tak niewiele przyjemności...
     I wówczas zobaczyła go, bez wątpienia, to był on; stał po drugiej stronie ulicy; nie, nie stał, odwracał się by odejść, jakby miał dosyć oglądania nędznego spektaklu, w którym ona była statystką, w którym nie było głównego aktora.
     Zerwała się, szurając krzesłem po żłobionych deskach tarasu, czuła, że zahaczyła rajstopami o rattan i z pewnością wyrwała w nich dziurę, ale nie zamierzała się tym przejąć, rzuciła się przez tłum; jakiś samochód zatrąbił, ona przebiegła niezdarnie przez ulicę, gotowa dopaść mężczyzny i dopomnieć się o swoje, poznać jego tożsamość, zapytać, kim był i dlaczego ją śledził, bo że to robił - nie miała już żadnych wątpliwości.
     Zniknął w tłumie, zanim nawet zdołała przejść na drugą stronę. Stała jak idiotka na środku chodnika, ludzie poszturchiwali ją, torebka szurała o płyty chodnikowe. 
     - Jesteś wariatką, durną, starą babą z urojeniami! - szepnęła do siebie. - Nic ci nie pomogły te wszystkie piguły, te wszystkie terapie, odwyki, oddziały zamknięte. Jesteś, byłaś i będziesz wariatką - mówiła do siebie, nie zwracając uwagi na dyskretne spojrzenia i poszepty, z dali, jak z innego świata. - I nie ma już Stefana, który by ci pomógł tym razem. Wyżęłaś go jak szmatę i jak szmatę wyrzuciłaś. I przestań się łudzić, że jakiś młody przystojniak się tobą zainteresował. Może wziął cię za znajomoą własnej babki, jakąś dawno niewidzianą pociotkę?
     I szła tak Adela, zrezygnowana, nie wiedziała nawet dokąd. Donikąd najpewniej. Szła donikąd...

piątek, 5 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 4


28 września
piątek
około 22:00

Powoli zaczynało to ją nudzić.
Postanowiła sobie już miesiąc wcześniej, że zamieni te piątkowe wieczory w knajpie na wyjścia do kina, jednakże ciągle nie potrafiła wcielić tego postanowienia w życie. Mimo tego, że lokal był dość podły, wiązało się z nim tak wiele wspomnień, różnorakich, i tych dobrych, i całkiem podłych, że nie potrafiła zrezygnować z przychodzenia tutaj.
Kiedyś była to popularna wśród studentów restauracja, którą zamknięto, gdy była już mężatką. Pamiętała zadymione, ciasnawe pomieszczenia, parkiet dancingowy, na którym przygrywał zespół złożony z zasuszonych, zawsze nieco podchmielonych muzyków; pamiętała grubawego wodzireja w cekinowej marynarce. Dałaby sobie rękę uciąć, że to właśnie on był pierwowzorem tego filmowego, i nie potrafiła sobie przypomnieć, czy w konkurs „szampan-macabre” pierwszy raz widziała na ekranie, czy właśnie tutaj, kiedy to Stefan tego szampana faktycznie wygrał.
Wypili go leżąc na jakimś dachu, jak w piosence Perfectu. I to właśnie na dachu, na kocu, tak samo jak w piosence, Stefan się na niej położył.
Gdyby wówczas go pogoniła, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale nie pogoniła go. Miała ochotę, a on był taki szarmancki, taki delikatny, cytował jakieś wiersze, choć pewnie zmyślał je na poczekaniu, co swoją drogą też było jakimś talentem; łaskotał ją przydługimi włosami, taki rozkosznie natrętny, i taki podobny do uwielbianego przez nią Lennona… To był jeden z tych okresów, gdy zaczynała znowu widzieć świat na kolorowo, gdy smutek odchodził i przez chwilę wydawało jej się, że jednak będzie z nim szczęśliwa. Oboje mieli orle nosy, ich dziecko pewnie wyglądałoby jak krogulec.
Nigdy nie dowiedziała się, jak wyglądałoby ich dziecko.
Zabrali je, urodziło się martwe. Była nieprzytomna od leków, nie pamiętała niczego z tamtych koszmarnych dni i wiedziała, że tak było lepiej. Nie chciała pamiętać wiecznych kłótni o picie i palenie w ciąży, wrzasków Stefana, jego wściekle zmrużonych oczu i jęków w łazience, w której zamykał się po każdej scysji, bezsilny, pokonany, bezradny jak dziecko. A ona wychodziła wtedy na balkon i paliła, na złość jemu i na złość całemu światu.
To jednak nie on i nie świat zapłacili najwyższą cenę za jej grzechy.
Już wtedy się leczyła, łykała prochy garściami zanim jeszcze zaszła w ciążę. Musiała je odstawić, lekarz zadecydował, że nie utrzyma ciąży jeśli nie zmniejszy dawek. A przecież chciała tego dziecka, prawda? Bardzo chciała. Choroba jednakże była silniejsza, a w tamtych czasach postrzegana była jako dziwactwo i wariactwo. Depresja? Do roboty się weź! Chłopa se znajdź! Jesteś po prostu leniwa i gnuśna! Słyszała to co chwilę, nawet od lekarzy. A tak bardzo nie chciała się wyróżniać, tak bardzo nie chciała być inna!
Zdecydowała się na wizytę u psychiatry w odległym mieście, pojechała dzień po tym, gdy po pijaku chciała ukręcić sobie pętlę z krawata Stefana, jedynego, jaki miał. Wystraszyła się tych myśli, wystraszyła się tych szponów wbitych w mózg, tych podszeptów, że prościej będzie ze sobą skończyć, niż żyć i udawać, iż wszystko jest w porządku.
A przecież było, prawda? Miała pracę, Stefan również, dostali kawalerkę z kwaterunku, jakieś bony na telewizor od jego rodziców, paprotkę w doniczce od koleżanek z biura, na parapetówce. A więc miała kiedyś paprotkę, zdążyła po prostu o niej zapomnieć. Mimo tego wszystko ją bolało: głowa, serce, dusza.
W tamtych dniach psychiatria dopiero raczkowała, leki zamieniały ludzi w zombie. Ale chciała wyzdrowieć, choć ciągle wmawiano jej, że przecież to nie jest żadna choroba. Gdy wspominała załzawione oczy Stefana znikające za drzwiami oddziału zamkniętego, za wzmocnionymi drutem, żółtawymi szybkami, coś w niej umierało za każdym razem, jakaś maleńka iskierka, która rozbłyskiwała ciągle i ciągle od nowa tylko po to, by ciągle i ciągle boleśnie gasnąć, w chwilach takich, jak ta.
Machnęła na pożegnanie barmanowi i wyszła w zimny mrok, opatulając się szalikiem. Zostawiła za sobą zgiełk retro dyskoteki, podczas której już nikt nie tańczył. Spelunka tonęła i chyba tylko ona i wódki, których nie wypijała, a za które płaciła bajońskie sumy, utrzymywały ją na powierzchni.
Ścisnęła w dłoni maleńką torebeczkę i postawiła kołnierz płaszcza.
Co sobie myśleli ci wszyscy pijaczkowie przesiadujący tam razem z nią? Co takiego miała w twarzy, że nikt się nigdy do niej nie dosiadał, nikt, oprócz barmana, nie próbowała zagadywać?
Rozejrzała się niepewnie i serce skoczyło jej do gardła, gdy dostrzegła sylwetkę mężczyzny opierającego się o słupek latarni. Gdy rozpoznała w nim chłopaka z baru, przez moment poczuła ulgę, ale zaraz potem panikę, gdy zgniótł niedopałek czubkiem buta i powili ruszył w jej kierunku. Ulica była pusta, latarnie rzucały na wilgotny beton kręgi mdławego światła i nie wiedziała, czy chce być w nim widoczna, czy może raczej powinna rzucić się w jakieś krzaki i skryć przed nim.
A więc jednak był stalkerem! Co to w ogóle znaczyło? Kim był ten facet i czego od niej chciał, do cholery? To nie mógł być przypadek, nie trzeci dzień z rzędu! Nie tutaj, w środku nocy, na pustej ulicy!
Przyspieszyła, choć nie słyszała za sobą jego kroków. Nie miała zamiaru odwracać się i sprawdzać, w końcu był młody i szybki, gdyby chciał, dopadłby ją bez względu na to, jak niezdarnie zaczęłaby uciekać i ile razy by się odwróciła. Przez moment miała ochotę zacząć wrzeszczeć w końcu okna niektórych bloków wciąż rozbłyskiwały światłem, a tuż za zakrętem była główna ulica, której gwar prawie mogła dosłyszeć. Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, którzy zwykle o tej porze snuli się po ulicach? Gdzie była ta cała imprezowa młodzież, dla której starsza pani była elementem krajobrazu niewiele różniącym się od ogłoszeniowego słupa czy śmietnika? Oni wszyscy nie byli groźni, nic ich nie obchodziła. Ale ten wariat, który ją śledził, który za nią łaził i najprawdopodobniej był już tuż za nią, ten był prawdziwym zagrożeniem.
Dopadła ulicy i wmieszała się w rzadki tłumek, serce waliło jej tak, że miała wrażenie, iż za moment zemdleje ze strachu i wysiłku.
Odwróciła się w końcu, drżącymi rękami przyciskając do siebie torebeczkę.
Uliczka ziała pustką, jak scenografia do taniego horroru.
Pomyślała, że to był zdecydowanie ostatni wieczór w tym pubie  i za tydzień pójdzie jednak do kina, choćby się waliło i paliło!