wtorek, 2 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 1


Agata Suchocka
TYDZIEŃ Z ŻYCIA ADELI

1
2 października
wtorek
około południa

Pani Adela uniosła kieliszek i pod światło spojrzała przez niego na ulicę.
Tłum za szybą był tylko migającą, rozmywającą się, widmową kawalkadą anonimowych postaci bez twarzy: w jesionkach nieokreślonego koloru, zgrabiałymi palcami stawiających kołnierze, nie chcących dopuścić do siebie myśli, że jesień już przyszła, nie cofnie się, za moment przyjdą przymrozki i będzie już tylko smutniej, ciemniej i bardziej beznadziejnie. Czy ktokolwiek jeszcze mówił na lekki płaszczyk „jesionka”?
Wiatr na moment rozgonił chmury i Adela właśnie na taką chwilę czekała, aby móc unieść kieliszek i przez łzy osiadające na czaszy spojrzeć na przemykających chyłkiem ludzi, zmarzniętych, spieszących się nie wiadomo dokąd, uciekających przez samymi sobą.
Szyba była czysta.
Właśnie za to lubiła ten lokal: wszystko było nieskazitelnie czyste, obrusy odprasowane, na stolikach stały świeże kwiaty w maleńkich, szklanych wazonikach, niezależnie od pory roku, nawet w środku zimy. Wiedziała o tym, bo przychodziła tutaj dokładnie od roku. Wewnątrz panował duch dawnych czasów, pełgały płomyczki świec, a kryształowe kieliszki podzwaniały na tacach kelnerów w eleganckich liberiach, którzy przemykali pomiędzy stolikami powiewając białymi serwetami przewieszonymi przez przedramiona. Zupełnie jak w międzywojniu. Jej oczywiście nie było jeszcze wtedy na świecie, ale ten miniony z opowieści matki w jej mglistych wyobrażeniach wyglądał właśnie tak: kryształy, świece i wypomadowani kelnerzy z elegancko przystrzyżonymi wąsikami. Tutaj brakowało tylko pomady i wąsików, reszta mniej więcej się zgadzała. Zgadzali się też ludzie: podstarzali, wyelegantowani, tęskniący za światem, który odszedł bezpowrotnie. Idealnie pasowała do tego wnętrza i do tych ludzi: podstarzała i stęskniona. Za czym jednakże tęskniła, tego do końca nie wiedziała.
Pamiętała te kilka odświętnych okazji, kiedy z rodzicami zasiadali w podobnym lokaliku. Rodzice odeszli, lokalik zamknięto, a ona wyprowadziła się na drugi koniec kraju by rozpocząć samodzielne życie. Życie, które teraz, gdy prawie je już przeżyła, wyglądało zupełnie inaczej niż to, które wymarzyła sobie jako wątła dziewuszka wchodząca dopiero w dorosłość.
Na długie, niekończące się dekady wpadła w kierat poprawności i konwenansów. Za to życie, tak bardzo zwykłe, tak schematyczne, takie typowe, zapłaciła najwyższą cenę: życiem właśnie zapłaciła, tym samym, którego w sumie już tak niewiele przed nią zostało. Było zbyt późno, by zaczynać cokolwiek od początku, by raz jeszcze dać sobie szansę. Wszystkie dane jej szanse zmarnowała i teraz mogła się co najwyżej wygłupić udając, że jeszcze cokolwiek jest przed nią.
Teraz, gdy wszystko było już bardziej za nią, mogła na spokojnie rozliczyć się sama ze sobą, rozmyślać nad tym wszystkim, co bezpowrotnie utraciła. I ta świadomość: świadomość nieuchronności przemijania i tego, że nic nie mogła zmienić, napawała ją uczuciem spokoju, pogodzenia się z losem, który nie szykował już żadnych niespodzianek. Zyskała coś, co na tym etapie życia było cenniejsze niż emocje, oczekiwanie nie wiadomo na co i wieczna presja wewnętrznej potrzeby sprostania cudzym wymaganiom.
To była wolność.
Możliwość siedzenia w kawiarence o jedenastej i zamówienia lampki koniaku, którego nigdy nie wypijała. Jak co wtorek zamawiała latte, pączek z różą i koniak.
Kiedy zaczęła pić latte?
Nie bardzo pamiętała. Wcześniej była tylko zawsze niedoparzona kawa z fusami osiadającymi na szklance tkwiącej w plastikowym uchwycie w krzykliwym kolorze: czerwonym, żółtym, granatowym. Te uchwyty nigdy nie pasowały do niczego w mieszkaniu i na stole przykrytym dzierganą serwetą wyglądały topornie i pretensjonalnie, jak wiele gadżetów minionej epoki z czasów, gdy dopiero zachłystywano się możliwościami jakie dawał plastik: lekki, tani, łatwy w obróbce.
Z goryczą pomyślała, że kilkadziesiąt lat temu ona również była lekka, tania i łatwa w obróbce. Westchnęła, zaciągnąwszy się aromatem alkoholu i odstawiła nietknięty kieliszek.
Kiedy przestała pić koniak?
To akurat pamiętała aż za dobrze. Pamiętała jego pierwszy łyk, każdą kroplę z cysterny, którą wlała w siebie na przestrzeni lat, z wszystkimi implikacjami, które wiązały się z książkowym przypadkiem alkoholizmu, i tę ostatnią lampkę, przewróconą, wsiąkający w przykrótki obrus i skapujący z krawędzi blatu płyn, który histerycznie wyłapywała ustami, do ostatniej kropli, nawet tej, która skapnęła na podłogę. Zlizywała ja z niej jak zwierzę.
Nie bardzo wiedziała, dlaczego co tydzień zadawała sobie tę pokutę. Przecież mogła po prostu zapomnieć, albo udawać, że zapomniała; tymczasem w każdy wtorek, a jedenastej, brała w dłoń kieliszek, ogrzewała alkohol i katowała się aromatem, który znała lepiej niż wszystkie inne zapachy świata. Mogła wypić ten koniak.
Albo nie.
I to właśnie była wolność.
 Przez jakiś czas rozważała opcję zamawiania alkoholu codziennie: w poniedziałek wino do kolacji w restauracji, we wtorek koniak do kawy, w środę piwo w ogródku na ryneczku, w czwartek kieliszeczek wiśniówki do lodów, w piątek czysta w tej mordowni na rogu, gdzie zwykła była wpadać po pracy jeszcze zdawać by się mogło tak niedawno, w sobotę szampan, a jakże, do lunchu w japiszońskiej, wegańskiej chilloutowni w parku. Czy alkohol był wegański? Yuppie. Chillout. Weganizm. Przyswoiła ostatnimi czasy całą gamę pojęć, które tak naprawdę nic dla niej nie znaczyły.
A w niedzielę siedziałaby w domu, w pustym mieszkanku na trzecim piętrze bloku, w którym wiecznie psuła się winda, i nalewałaby sobie po kieliszeczku żołądkowej gorzkiej, tylko po to, by całą butelkę wylać sukcesywnie do zasuszonej paprotki.
Nie miała w mieszkaniu ani jednej paprotki i to chyba przeważyło, to sprawiło, że postanowiła ostatecznie nie być dla siebie tak okrutną, nie wydawać bezsensownie pieniędzy na alkohol, który ktoś potem wylałby do zlewu. A może tak naprawdę nikt nigdy nie wylewał całego tego alkoholu? Może ktoś ukradkiem go wypijał, jakiś wymęczony obieraniem marchwi na zapleczu wymoczek pracujący za kilka złotych na godzinę, nie dbający o to, że ktoś mógłby go przyłapać i wywalić z pracy na zbity pysk?
Spojrzała na swoje dłonie, pokryte pierwszymi, bladymi jeszcze plamami, wyglądającymi jak nie dający się zmyć brud. Gotowa byłaby przysiąc, że jeszcze rano ich tam nie było. Ale były: dzisiejszego ranka, poprzedniego i w zeszłym miesiącu, a gdyby pogrzebała w pamięci, to przypomniałaby sobie, że rok temu, gdy po raz pierwszy zasiadła przy tym stoliku, były tam również.
Jej stolik.
Wszyscy wiedzieli, że o jedenastej we wtorek pani Adela przychodziła na kawę i koniak. Zjadała pączek z różą, wypijała latte i bawiła się kieliszkiem, a wszystko to trwało godzinkę i wychodziła tuż przed tym, nim na pobliskiej wieży zegarowej rozdzwaniały się kuranty.
Dzisiaj jednakże ta rytualna godzinka przebiegła zupełnie inaczej i Adela, zasłuchana w dzwony, oznajmiające, że powinna już być na ulicy, wspomniała przebieg dziwacznego zdarzenia, którego uczestniczką stała się wbrew sobie i teraz musiała żyć z wszystkimi jego implikacjami i konsekwencjami.
Gdy dzisiaj weszła do lokalu, zdziwiła się niepomiernie, widząc przy swoim stoliku mężczyznę i już, już chciała zrobić elegancką aferę przemykającemu kelnerowi, sycząc na niego przez zęby, gdy ten szepnął jej konfidencjonalnym tonem: „Pani znajomy już jest, pani Adelo.”
Nie umówiła się z żadnym znajomym, a już na pewno nie z takim, który mógłby być w wieku jej syna, gdyby kiedykolwiek takiego zrodziła.
Ciekawość jednakże zwyciężyła i pani Adela podeszła powoli do stolika, do jej stolika, przy którym siedział dość sztywno podenerwowany chłopak, mający na oko nieco ponad trzydzieści lat, i wpatrywał się przez szybę w przemykających za oknem ludzi, tak jak ona zwykła to robić.
Gdy kątem oka zauważył jej obecność wzdrygnął się i wstał, nieelegancko szurając krzesłem, a Adela poczuła, że blednie nieznacznie, gdy spojrzała w jego twarz, nagle górującą nad nią.
Widziała już tego człowieka.
Widywała go codziennie przez ostatni tydzień.


4 komentarze: