środa, 3 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 2

Rozdział 2

26 września
środa
około 16:00

       To miał być ostatni taki ciepły tydzień.
    Adela zmrużyła oczy, unosząc w górę szklaneczkę z piwem. Małe piwo, z sokiem, którego nie zamierzała wypić. Zjadła już lody z owocami i tak naprawdę nie miała ochoty na nic więcej. Niedużą butelkę wody zawsze nosiła w torebce.
     Wystroiła się tego dnia, niby sama dla siebie, ale przecież to było kłamstewko, jakimi oszukiwała się każdego dnia. Chciała się podobać, jak kiedyś, w czasach, gdy była młoda, szczupła i filigranowa. Chłopcy oglądali się za efemeryczną blondynką, powiewającą długim, grubym warkoczem. Była trochę podobna do Poli Raksy. Trochę. Kiedyś.
     Warkocz już dawno zniknął, zastąpiony czerwonawą szczeciną, tak samo, jak filigranowa blondynka, która została pożarta przez tego opasłego harpuna, jakim się stała. Jakiś czas temu, już chyba po rozwodzie, przestało jej zależeć na wyglądzie, przestało jej się chcieć. Łaziła po mieście odziana w workowate kiecki przypominające szaty pokutne, bez grama makijażu na pooranej przez życie twarzy. A nie była przecież jeszcze taka stara. Ani taka pomarszczona. A jednak czuła się jak spróchniałe truchło swojej własnej, dawnej świetności. 
     Tamte dni były jednakże przeszłością, o której starała się zapomnieć, a przynajmniej udawała przed sobą, że zapomniała. Nie chciała już być tamtą wymemłaną przez życie pijaczką, chciała znowu się podobać, nieważne komu, komukolwiek. Zapuściła włosy i zafarbowała je na kasztanowo, z jaśniejszymi pasemkami; stawiała się karnie co miesiąc na farbowanie odrostów. Choć czuła przed tym jakiś irracjonalny strach, pozwoliła zrobić sobie hybrydowy manicure. Z niepokojem patrzyła na zabiegi kosmetyczki, wspominając z rozrzewnieniem tusz do rzęs, w który się pluło i kupowane w Pewexie cienie do powiek, pomadki z Polleny, wszystkie pachnące tak samo i osiadające na zębach. Kobiety dyskretnie wylizywały uzębienie pod zaciśniętymi wargami przy każdej ważniejszej okazji, żeby nie pokazać w uśmiechu nakrapianych na czerwono kłów. 
     Zaśmiała się w duchu, wspominając to wszystko, uniosła do ust szklankę, jednak powstrzymała się w porę.
     Bąbelki w napoju przypomniały jej gruźliczankę z saturatora. Piła taką na pierwszej randce ze Stefanem. 
     Stefan. Cóż za pospolite imię! Tak właśnie pomyślała, gdy się przedstawił, podając jej ogień w studenckiej restauracji, w czasach, w których wszyscy kurzyli sporty do posiłku. Nikt wówczas nie mówił o szkodliwości palenia, a one wszystkie we własnych oczach były takie ponętne, wymachując na wpół wypalonymi papierosami. Nigdy nie lubiła palić, ale nie chciała odstawać od koleżanek. W czasach jej młodości najważniejsze było to, by się dopasować. Identyczne sukienki-bananówki, identyczne okulary-muchy, identyczne bluzki z bistoru w kwiaty. Tylko warkocz sięgający pośladków pozwalał wyłowić ją z tłumu identycznych, wiskozowych lalek.
     Westchnęła, rozglądając się dyskretnie. Czuła się niewidzialna, skryta za przydymionymi szkłami okularów. Obserwowała ludzi przy stolikach, wszyscy zapatrzeni w ekrany telefonów. Prawie nikt nie rozmawiał, nikt nie palił, choć przecież w ogródku za zewnątrz było wolno. Jakaś matka karmiła piersią, wzbudzając niezdrowe zainteresowanie tych, którzy akurat podnieśli wzrok znad ekraników i dyskretnie próbowali zrobić jej zdjęcie, które mogłoby zmienić się w zgarniający setki lajków mem. 
     I wtedy go zobaczyła.
   Wystawił twarz do słońca, zamknął oczy, rozparty w fotelu z technorattanu. Młody chłopak, po trzydziestce. W jej oczach wszyscy mężczyźni poniżej czterdziestego roku życia byli zaledwie chłopiętami.
     Podobał jej się. Miał orli nos, podobny do jej własnego. Do jej żydowskiego nosa z czasów, zanim zaczęła regularnie dostawać po twarzy. Były i pozytywy tej sytuacji, bo po drugim złamaniu jego kształt się zmienił i paradoksalnie przestała mieć z jego powodu kompleksy.
     Otrząsnęła się z niewygodnych wspomnień, oblizała łyżeczkę po raz ostatni i wyłożyła na stolik dwadzieścia złotych, już z napiwkiem. Raz jeszcze spojrzała na mężczyznę, bezpieczna za wielkimi okularami. Zdawało jej się, że na nią patrzy, z pustą twarzą, jasną w plamie słońca jak prześwietlone zdjęcie. 
      Dlaczego niby miałby na nią patrzeć? Była bodajże najstarsza w towarzystwie. Może to przez kapelusz? Przez chwilę poczuła się głupio z jego powodu, wypindrzyła się jak na wyścigi w Ascot. Poczuła, że się czerwieni, spuściła wzrok, patrząc w nietkniętą szklankę, a gdy uniosła oczy, chłopak zbierał się z miejsca, przerzucając przez głowę pasek od torby listonoszki.
     Odszedł, nie patrząc więcej w jej stronę. 
     Przez długą chwilę spoglądała za nim: szedł równym, pewnym, rytmicznym krokiem, jak ktoś, kto doskonale wie dokąd zmierza.
     Adela ze smutkiem skonstatowała, że ona sama zmierzała już tylko do grobu.
     Wstała, zarzuciła na ramiona kwiecisty szal i ruszyła parkową aleją, z dumnie uniesioną głową, niby królowa udająca się na inspekcję wojsk, choć przecież nie czekali na nią żadni żołnierze.
     W mieście nawet nie było koszar.
   




2 komentarze: