czwartek, 4 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 3


Rozdział 3
27 września
czwartek
14:00

Mieszała herbatę od niechcenia, chociaż przecież nawet jej nie posłodziła.
Przestała słodzić kilka lat temu, gdy badania wykazały podwyższony poziom cukru. Aż dziw brał, że jej wątroba ciągle się trzymała po tylu latach nadużyć i poza nieznacznie podwyższonym cholesterolem i cukrem była zdrowa jak ryba. Urodziła się jednakże tuż po wojnie, pochodziła z pokolenia dzieci, które biegały na boso, podnosiły i zjadały z podłogi wszystko, co tylko się do zjedzenia nadawało, które kradły owoce z sadów sąsiadów i zjadały je wytarłszy o przybrudzone kurzym guanem ogrodniczki. Pokolenie dzieci niemyjących rąk przed jedzeniem przed półwieczem okazało się o wiele odporniejsze od współczesnych maluchów chowanych pod kloszem i szczepionych nawet przeciwko katarowi.
Rozejrzała się po lokalu, zatłoczonym w porze lunchu. Przychodziła tu w zasadzie tylko dlatego, że dorobiła się karty zniżkowej, i choć ostatnio zmienili szefa i jedzenie stało się zbyt wyrafinowane jak na jej podniebienie, to zaczynała robić się "starczooszczędna" i liczyć złotówki, które jeszcze pozostały jej na koncie.
Gdzie podziały się te wszystkie pieniądze, które zarobiła przez całe życie? Czy Stefan wszystkie je przepił? A może ona to zrobiła? Zanim pierwszy raz podniósł na nią rękę często wychodzili, a wspomnienia tych całonocnych balang, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, były już mocno poprzecierane. Wówczas piło się i balowało bez umiaru, testując napływające z zepsutego Zachodu alkohole, coś w końcu innego niż znienawidzony samogon, który i tak wlewali w siebie litrami z braku czegokolwiek innego. A przecież nikt wówczas nie nazywał nikogo alkoholikiem. Piła, bo wszyscy pili, paliła, bo nie chciała odstawać. Nigdy nie chciała odstawać, zawsze pragnęła wtopić się w tłum. 
Ostatnimi czasy dużo przesiadywała między ludźmi, choć nie wchodziła z nimi w żadne interakcje. Znajomi wykruszali się jeden po drugim, powyjeżdżali, powymierali. Nie miała dostępu do internetu, nie miała konta na facebooku, przestała płacić abonament i oddała na złom stary telewizor, nie pokusiwszy się o kupienie nowego, płaskiego jak obraz. Została za to częstym gościem nieodległej biblioteki, z której tachała książki całymi reklamówkami, czując się trochę jak wiejska baba podążająca na targ. Żadna przekupa nie sprzedawała jednak książek, a i pobliski ryneczek zamknięto zanim przeszła na emeryturę i mogła zostać jego bywalczynią, wlokącą za sobą sterczący szczypior w torbie na kółkach. 
Jakiś dzieciak rozwrzeszczał się, nie chcąc jeść warzyw; odwróciła się gwałtownie i zacmokała z niesmakiem, po czym zrobiła to raz jeszcze, już nad sobą, jakby ganiąc się za gwałtowną reakcję. Harpun, jak nic, stary, zgorzkniały harpun, którego zaczynał uwierać otaczający świat, oto, czym się stała.
I wówczas znowu go zobaczyła, tuż za plecami spanikowanej matki, która, purpurowa, usiłowała uciszyć syna, bezskutecznie usiłując nie robić sceny.
Ten sam orli nos, te same przenikliwe, jasne oczy, które teraz już bez wątpienia wpatrywały się w nią. Przypomniała sobie, że ma na nosie fotochromowe okulary, które dość skutecznie ukrywały jej wzrok. On swojego nie odwrócił, pewnie uznał, że spogląda na panikującą matkę.
Zamarła, nie chcąc dać mu po sobie poznać, iż zauważyła, że ją obserwuje, a i on udawał, że nie gapi się na nią ostentacyjnie. Czy to możliwe, że zapamiętał ją z poprzedniego dnia? Dziś już nie miała na sobie żadnego egzotycznego kapelusza, niczym się nie wyróżniała, a poza tym pewnie nawet nie widział jej zbyt wyraźnie ponad głowami ludzi, którzy siedzieli między nimi. Może wcale nie patrzył na nią? Może gdzieś z tyłu siedziała jakaś piękna dziewczyna, która przyciągnęła jego wzrok? W końcu był sam, i dzisiaj, i wczoraj. Może najzwyczajniej w świecie wyszedł na podryw? Miasto nie było takie duże, zdarzało jej się już rozpoznawać niektóre twarze, ludzie snuli się tak jak ona, zamawiając w tych samych miejscach te same ulubione potrawy i napoje.
Adela dziś nie zjadła tych co zwykle lodów, było zbyt chłodno, choć załamanie pogody zapowiedziano dopiero na weekend. Była nieco zła, że nie mogła siedzieć w ogródku, a wewnątrz zatłoczonego pomieszczenia wśród wszystkich tych szumiących, buczących i gderających ludzi. Zlane w nieznośną kakofonię głosy były w jej uszach tylko niezrozumiałym bełkotem, dodatkowo rozcieńczonym przez dość nachalną muzykę.
Zaczęła zbierać się do wyjścia, wciąż dyskretnie zerkając w stronę mężczyzny o orlim profilu, a on jakby drgnął gdy zauważył, że wstała. Zaczął przepychać się w stronę wyjścia, chwyciwszy torbę, tę samą, którą miał przy sobie poprzedniego dnia; gorączkowo spakował do niej jakieś papiery.
Prawie zderzyli się w drzwiach, które usiłował przed nią otworzyć. Wyszła, ocierając się o jego wyciągnięte ramię, którym przytrzymywał skrzydło drzwi. Gdy się odwróciła, wciąż stał w wejściu, patrząc za nią, ale po sekundzie cofnął się do wnętrza lokalu, jakby w ostatniej chwili się rozmyślił.
Ale czego właściwie oczekiwała? Że za nią pójdzie? Dlaczego niby miałby to zrobić? Nie znali się przecież, widzieli zaledwie dwa razy. A może był jakimś zboczeńcem? Jakimś, jak to się nazywało... stalkerem? Jakimś uganiającym się za podstarzałymi damulkami geriatrofilem, łowcą majątków, żigolakiem szukającym pani starszej, której utrzymankiem mógłby zostać?
Bez sensu! Nie była majętną matroną, która, wyfiokowana, wychodziła na łów w poszukiwaniu takich jak on kąsków! A może była, ale o tym nie wiedziała? Wolna, niezależna finansowo, pozna młodego, jurnego, wysokiego w celach...
Zaśmiała się pod nosem, czekając na zmianę światła na zielone. Rozłożyła parasolkę, wyprostowała się, wyprężyła, jakby faktycznie mogła się jeszcze podobać. Bo mogła. A przynajmniej tak sobie powtarzała co rano, patrząc w lustro, z którego spoglądała na nią starzejąca się kobieta o bladych oczach, zmęczonej twarzy, zaniedbana po prostu, niekochana, rozwiedziona, zdziwaczała, zadufana w sobie... 
Harpun, ot, co!

1 komentarz: