piątek, 5 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 4


28 września
piątek
około 22:00

Powoli zaczynało to ją nudzić.
Postanowiła sobie już miesiąc wcześniej, że zamieni te piątkowe wieczory w knajpie na wyjścia do kina, jednakże ciągle nie potrafiła wcielić tego postanowienia w życie. Mimo tego, że lokal był dość podły, wiązało się z nim tak wiele wspomnień, różnorakich, i tych dobrych, i całkiem podłych, że nie potrafiła zrezygnować z przychodzenia tutaj.
Kiedyś była to popularna wśród studentów restauracja, którą zamknięto, gdy była już mężatką. Pamiętała zadymione, ciasnawe pomieszczenia, parkiet dancingowy, na którym przygrywał zespół złożony z zasuszonych, zawsze nieco podchmielonych muzyków; pamiętała grubawego wodzireja w cekinowej marynarce. Dałaby sobie rękę uciąć, że to właśnie on był pierwowzorem tego filmowego, i nie potrafiła sobie przypomnieć, czy w konkurs „szampan-macabre” pierwszy raz widziała na ekranie, czy właśnie tutaj, kiedy to Stefan tego szampana faktycznie wygrał.
Wypili go leżąc na jakimś dachu, jak w piosence Perfectu. I to właśnie na dachu, na kocu, tak samo jak w piosence, Stefan się na niej położył.
Gdyby wówczas go pogoniła, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale nie pogoniła go. Miała ochotę, a on był taki szarmancki, taki delikatny, cytował jakieś wiersze, choć pewnie zmyślał je na poczekaniu, co swoją drogą też było jakimś talentem; łaskotał ją przydługimi włosami, taki rozkosznie natrętny, i taki podobny do uwielbianego przez nią Lennona… To był jeden z tych okresów, gdy zaczynała znowu widzieć świat na kolorowo, gdy smutek odchodził i przez chwilę wydawało jej się, że jednak będzie z nim szczęśliwa. Oboje mieli orle nosy, ich dziecko pewnie wyglądałoby jak krogulec.
Nigdy nie dowiedziała się, jak wyglądałoby ich dziecko.
Zabrali je, urodziło się martwe. Była nieprzytomna od leków, nie pamiętała niczego z tamtych koszmarnych dni i wiedziała, że tak było lepiej. Nie chciała pamiętać wiecznych kłótni o picie i palenie w ciąży, wrzasków Stefana, jego wściekle zmrużonych oczu i jęków w łazience, w której zamykał się po każdej scysji, bezsilny, pokonany, bezradny jak dziecko. A ona wychodziła wtedy na balkon i paliła, na złość jemu i na złość całemu światu.
To jednak nie on i nie świat zapłacili najwyższą cenę za jej grzechy.
Już wtedy się leczyła, łykała prochy garściami zanim jeszcze zaszła w ciążę. Musiała je odstawić, lekarz zadecydował, że nie utrzyma ciąży jeśli nie zmniejszy dawek. A przecież chciała tego dziecka, prawda? Bardzo chciała. Choroba jednakże była silniejsza, a w tamtych czasach postrzegana była jako dziwactwo i wariactwo. Depresja? Do roboty się weź! Chłopa se znajdź! Jesteś po prostu leniwa i gnuśna! Słyszała to co chwilę, nawet od lekarzy. A tak bardzo nie chciała się wyróżniać, tak bardzo nie chciała być inna!
Zdecydowała się na wizytę u psychiatry w odległym mieście, pojechała dzień po tym, gdy po pijaku chciała ukręcić sobie pętlę z krawata Stefana, jedynego, jaki miał. Wystraszyła się tych myśli, wystraszyła się tych szponów wbitych w mózg, tych podszeptów, że prościej będzie ze sobą skończyć, niż żyć i udawać, iż wszystko jest w porządku.
A przecież było, prawda? Miała pracę, Stefan również, dostali kawalerkę z kwaterunku, jakieś bony na telewizor od jego rodziców, paprotkę w doniczce od koleżanek z biura, na parapetówce. A więc miała kiedyś paprotkę, zdążyła po prostu o niej zapomnieć. Mimo tego wszystko ją bolało: głowa, serce, dusza.
W tamtych dniach psychiatria dopiero raczkowała, leki zamieniały ludzi w zombie. Ale chciała wyzdrowieć, choć ciągle wmawiano jej, że przecież to nie jest żadna choroba. Gdy wspominała załzawione oczy Stefana znikające za drzwiami oddziału zamkniętego, za wzmocnionymi drutem, żółtawymi szybkami, coś w niej umierało za każdym razem, jakaś maleńka iskierka, która rozbłyskiwała ciągle i ciągle od nowa tylko po to, by ciągle i ciągle boleśnie gasnąć, w chwilach takich, jak ta.
Machnęła na pożegnanie barmanowi i wyszła w zimny mrok, opatulając się szalikiem. Zostawiła za sobą zgiełk retro dyskoteki, podczas której już nikt nie tańczył. Spelunka tonęła i chyba tylko ona i wódki, których nie wypijała, a za które płaciła bajońskie sumy, utrzymywały ją na powierzchni.
Ścisnęła w dłoni maleńką torebeczkę i postawiła kołnierz płaszcza.
Co sobie myśleli ci wszyscy pijaczkowie przesiadujący tam razem z nią? Co takiego miała w twarzy, że nikt się nigdy do niej nie dosiadał, nikt, oprócz barmana, nie próbowała zagadywać?
Rozejrzała się niepewnie i serce skoczyło jej do gardła, gdy dostrzegła sylwetkę mężczyzny opierającego się o słupek latarni. Gdy rozpoznała w nim chłopaka z baru, przez moment poczuła ulgę, ale zaraz potem panikę, gdy zgniótł niedopałek czubkiem buta i powili ruszył w jej kierunku. Ulica była pusta, latarnie rzucały na wilgotny beton kręgi mdławego światła i nie wiedziała, czy chce być w nim widoczna, czy może raczej powinna rzucić się w jakieś krzaki i skryć przed nim.
A więc jednak był stalkerem! Co to w ogóle znaczyło? Kim był ten facet i czego od niej chciał, do cholery? To nie mógł być przypadek, nie trzeci dzień z rzędu! Nie tutaj, w środku nocy, na pustej ulicy!
Przyspieszyła, choć nie słyszała za sobą jego kroków. Nie miała zamiaru odwracać się i sprawdzać, w końcu był młody i szybki, gdyby chciał, dopadłby ją bez względu na to, jak niezdarnie zaczęłaby uciekać i ile razy by się odwróciła. Przez moment miała ochotę zacząć wrzeszczeć w końcu okna niektórych bloków wciąż rozbłyskiwały światłem, a tuż za zakrętem była główna ulica, której gwar prawie mogła dosłyszeć. Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, którzy zwykle o tej porze snuli się po ulicach? Gdzie była ta cała imprezowa młodzież, dla której starsza pani była elementem krajobrazu niewiele różniącym się od ogłoszeniowego słupa czy śmietnika? Oni wszyscy nie byli groźni, nic ich nie obchodziła. Ale ten wariat, który ją śledził, który za nią łaził i najprawdopodobniej był już tuż za nią, ten był prawdziwym zagrożeniem.
Dopadła ulicy i wmieszała się w rzadki tłumek, serce waliło jej tak, że miała wrażenie, iż za moment zemdleje ze strachu i wysiłku.
Odwróciła się w końcu, drżącymi rękami przyciskając do siebie torebeczkę.
Uliczka ziała pustką, jak scenografia do taniego horroru.
Pomyślała, że to był zdecydowanie ostatni wieczór w tym pubie  i za tydzień pójdzie jednak do kina, choćby się waliło i paliło!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz