sobota, 13 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 5

29 września
sobota
14:00

      Czekała na niego.
     Oczywiście, nie przyznawała się do tego przed sobą; mało tego, prowadziła ze sobą niemą, wewnętrzną przepychankę, jakby beształa się za to nieustanne rozglądanie, za to mało dyskretne przyglądanie się każdemu, kto pojawił się w ogródku.
    Bąbelki z szampana już dawno uleciały, a sałatka stała nietknięta. Adela była głodna czegoś innego, spragniona innych wrażeń niźli tylko przyjemnego pieczenia alkoholu na języku. Przecież i tak nie zamierzała tknąć tego szampana, prawda? Kupiła go tylko po to, by ci wszyscy gówniarze siedzący wokół jej zazdrościli, by zastanawiali się, czy i oni mogą sobie pozwolić na taki luksus, w środku dnia, wtłoczeni w dizajnerskie ramki okularów, w elegancko przystrzyżone bródki, w skarpety z włóknami bambusa i espadryle o sznurkowych podeszwach. Te wszystkie młode matki, siorbiące wodę kokosową i koktajle z natki pietruszki i jarmużu, wściekłe na dzieci srające w eko-pieluchy, które trzeba było prać zamiast szurnąć do kosza. Ci młodzi mężczyźni nerwowo zerkający na ekrany telefonów, mogące w każdej chwili rozbłysnąć awaryjnym wezwaniem do korporacji.
      Jakże ona nimi wszystkimi pogardzała!
     Była już na tym etapie życia, kiedy to gardziło się wszystkim, co było młode. Nie musieli być nawet piękni i szczupli, by wzbudzać w niej tę pogardę, wystarczyło, że po prostu mieli przed sobą wszystko to, co ona już zdążyła tak spektakularnie spieprzyć i zmarnować.
     Tak jak wczorajszego wieczora.
     Śmiała się z siebie, ale był to śmiech przez łzy. Żałowała, że nie pozwoliła się zaczepić temu chłopakowi. Co mógł jej zrobić? Okraść? Z czego, skoro wszystko przepuściła w knajpie na kolejki stawiane barmanowi? Zgwałcić? Wolne żarty! Była już towarem zdecydowanie przechodzonym i nierębnym, gwałtu na niej nie ryzykowałby największy desperat! A tamten facet desperatem przecież nie był, prawda? To znaczy był, ale ewidentnie w jakiejś aseksualnej materii. W końcu pojawiał się w jej stałych, ulubionych miejscach. 
     A może to były jego ulubione miejsca, a ona po prostu wcześniej go nie zauważyła? Czy pamiętała twarze wszystkich stałych bywalców tych swoich rytualnych miejsc? Oczywiście, że nie pamiętała, miała gdzieś ludzi, którzy się tam pojawiali. On jednakże przykuł jej uwagę i miała wrażenie, że zaczyna projektować jego obraz na każdego, że zaczyna zauważać go wszędzie. Co takiego było w jego twarzy, że nie mogła przegnać jej obrazu z pamięci? Może ten jego szlachetny, chopinowski niemal, orli nos?
     Nagle przypomniała sobie, jak bardzo bolało złamanie.
     A potem coś jeszcze: to wcale nie Stefan złamał jej nos. On tak naprawdę nigdy jej nie uderzył, prawda? Spadła wtedy ze schodów, po pijaku. Ale Adela chciała, żeby tak było, chciała zrobić z niego potwora, choćby tylko we wspomnieniach, kogoś, na kogo mogłaby zwalić całą winę za ich nieudane małżeństwo, za ich rozstanie. Nie chciała pamiętać, że Stefan tak bardzo walczył o ten związek, że tak bardzo chciał, by wyzdrowiała, by przestała się kaleczyć. Chciał tak bardzo, że aż ją ubezwłasnowolnił. 
     Naciągnęła ażurowy rękaw aż na dłoń, ukrywając blizny. Nie pamiętała, od ilu lat nie nosiła bluzek z krótkim rękawem, nie obnażała się publicznie. A i prywatnie nie miała się przed kim obnażać.
     Westchnęła jakoś tak tęsknie i zaczęła zbierać się do wyjścia. Tłumek wokół szemrał, szemrał sztuczny strumyczek ciurglający kanałkiem wykopanym wokół tarasu, szemrały dzieci i ich matki, szemrali chłopcy w okularach w rogowych oprawkach. A w niej szemrała dusza, tęsknie, cichutko, jakby już nigdy nie miała zaśpiewać. 
     Adela uniosła kieliszek, by popatrzeć na niego pod światło. Bardzo to lubiła. W jej życiu zostało już tak niewiele przyjemności...
     I wówczas zobaczyła go, bez wątpienia, to był on; stał po drugiej stronie ulicy; nie, nie stał, odwracał się by odejść, jakby miał dosyć oglądania nędznego spektaklu, w którym ona była statystką, w którym nie było głównego aktora.
     Zerwała się, szurając krzesłem po żłobionych deskach tarasu, czuła, że zahaczyła rajstopami o rattan i z pewnością wyrwała w nich dziurę, ale nie zamierzała się tym przejąć, rzuciła się przez tłum; jakiś samochód zatrąbił, ona przebiegła niezdarnie przez ulicę, gotowa dopaść mężczyzny i dopomnieć się o swoje, poznać jego tożsamość, zapytać, kim był i dlaczego ją śledził, bo że to robił - nie miała już żadnych wątpliwości.
     Zniknął w tłumie, zanim nawet zdołała przejść na drugą stronę. Stała jak idiotka na środku chodnika, ludzie poszturchiwali ją, torebka szurała o płyty chodnikowe. 
     - Jesteś wariatką, durną, starą babą z urojeniami! - szepnęła do siebie. - Nic ci nie pomogły te wszystkie piguły, te wszystkie terapie, odwyki, oddziały zamknięte. Jesteś, byłaś i będziesz wariatką - mówiła do siebie, nie zwracając uwagi na dyskretne spojrzenia i poszepty, z dali, jak z innego świata. - I nie ma już Stefana, który by ci pomógł tym razem. Wyżęłaś go jak szmatę i jak szmatę wyrzuciłaś. I przestań się łudzić, że jakiś młody przystojniak się tobą zainteresował. Może wziął cię za znajomoą własnej babki, jakąś dawno niewidzianą pociotkę?
     I szła tak Adela, zrezygnowana, nie wiedziała nawet dokąd. Donikąd najpewniej. Szła donikąd...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz