czwartek, 22 listopada 2018

Tydzień z życia Adeli - EPILOG


EPILOG

2 października
wtorek
11:00

To był on! Znowu on!
Adela poczuła, że serce podchodzi jej do gardła, gdy zbliżała do wieszaka, zdejmując palto i odwieszając je w kącie, choć kelner jak zwykle usiłował jej pomóc. Odgoniła go jak natrętną muchę.
A ten tutaj, śledzący ją od tygodnia fircyk, co on sobie właściwie wyobrażał? Przyszedł do JEJ kawiarni, usiadł przy JEJ stoliku i podał się za JEJ znajomego! Nie mogła się przecież teraz wykręcić, prosić kelnera, żeby go przegonił, przecież to nie był jakiś zabłąkany, zapchlony szczeniak, którego się odpędzało w obawie przez zarażeniem świerzbem!
Poczuła, że spotniały jej dłonie, ściskała przed sobą torebkę jak tarczę.
- Bardzo przepraszam – zaczął nieznajomy niskim, zachrypniętym głosem, jakby słowa nie chciały się wydostać, albo wręcz przeciwnie, jakby chciał powiedzieć jej za dużo. - Proszę się nie denerwować, mam dla pani wiadomości o Stefanie Szadzkim.
Adela opadła na krzesło, które zawsze stało w tym samym miejscu.
Dlaczego ten facet chciał rozmawiać z nią o Stefanie?
- Skąd pan zna Stefana Szadzkiego? - zapytała cicho, a jej głos wcale nie brzmiał lepiej, niż jego przed chwilą. Był nawet niewiele wyższy. W zasadzie zabrzmiała jak stara menelka i przez myśl jej przemknęło, że robienie koszmarnego pierwszego wrażenia to było coś bardzo w jej stylu.
Rozmówca chyba tego nie usłyszał, był wyraźnie zdenerwowany, miętosił dłonią pasek od swojej nieodłącznej listonoszki. Przez chwilę wisiał nad Adelą jak jakieś widmo przeszłości, po czym usiadł naprzeciwko.
- Skąd pan zna Stefana i dlaczego niby miałabym o nim rozmawiać z nieznajomym? - wysyczała przez zęby. - Jest pan jakimś jego pełnomocnikiem? Jakimś prawnikiem?
Chłopak wpatrywał się w nią tak intensywnie, że ledwie mogła to znieść.
- No? - palnęła w końcu. - To pan za mną łazi od tygodnia, chce pan ze mną rozmawiać o byłym mężu, więc słucham. O co chodzi?
Mężczyzna popatrzył na swoje złożone na stole dłonie, potem znów na Adelę, a potem znów na stół.
- Stefan Szadzki umarł wiosną. Powinna pani o tym wiedzieć.
Adela poczuła, że blednie, ścisnęło ją w dołku.
- To co zwykle, pani Adelo? - zapytał kelner, który pojawił się znikąd, a ona tylko pokiwała nieprzytomnie głową i nie mogła przestać gapić się na rozmówcę, w którego obliczu nagle dostrzegła jakieś niewytłumaczalne podobieństwo do męża. Do byłego męża. I – jeśli wierzyć jego słowom – do zmarłego męża.
- Dlaczego powinnam to wiedzieć? Rozwiedliśmy się jakieś pięćset lat temu! Mąż mnie porzucił i wyjechał za granicę! - powiedziała zbyt głośno i wbrew sobie, ale nagle zapragnęła wyżyć się na tym bezczelnym gówniarzu za wszystko, za całe zło, które ją spotkało przez ostatnie trzydzieści lat. - Kim pan jest, do cholery, i dlaczego niby mam panu wierzyć?
Chłopak poruszył się na krześle, jakby było gorące.
- Pani Adelo… - zaczął znowu i nagle jakby się zmitygował. - Przepraszam, czy mogę pani mówić po imieniu? Nazywam się Adam Szadzki, jestem synem Stefana.
Adela poczuła, jakby ktoś zdzielił ją w twarz.
Zamrugała kilkakrotnie, modląc się w duszy, by widmo tego człowieka się rozmyło.
- Synem Stefana Szadzkiego? Mojego byłego męża? Ile pan ma lat? Trzydzieści? Z tego by wynikało, że przygruchał sobie jakąś kobietę jeszcze w czasie, gdy byliśmy formalnie małżeństwem!
Zabrzmiało to okropnie i niegrzecznie, ale Adela miała to gdzieś. Pragnęła odprawić tego stefanowego bękarta i wypić pieprzony koniak, który kelner postawił przed nią nie wiadomo kiedy.
- A matka? Kto jest pańską matką, synu Stefana Szadzkiego?
Zapanowała cisza, ludzie wokół szeptali, śmiali się i pobrzękiwali naczyniami, ale Adeli zdawało się, że dusił ją dźwiękoszczelny kokon.
- Pani Adelo, zacząć trzeba od tego, że pani nigdy nie rozwiodła się ze Stefanem Szadzkim.
- Co pan pieprzy, na miłość boską? - zapiała, czując, że krew odpływa jej z twarzy. Zrobiło jej się zimno, a zaraz potem gorąco. - Przecież podpisałam papiery, to było w szpitalu, zaraz po tym, jak… - ugryzła się w język.
Nie mogła opowiadać obcemu człowiekowi o pobycie w szpitalu, o traumatycznym porodzie i o tym, jak Stefan wkładał jej do ręki długopis, gdy półprzytomna z bólu i żalu lewitowała gdzieś pod sufitem, a jej nafaszerowane lekami ciało leżało sflaczałe na szpitalnym łóżku.
Chłopak patrzył na nią, a przez jego twarz przemykały mikrogrymasy, jakby miał zaraz rozpłakać się i uciec. W końcu uciekał przed nią przez ostatni tydzień, choć zdawało jej się, że to ona uciekała.
- Kim jest pańska matka? - powtórzyła, ledwie otwierając usta.
Chłopak przełknął, grdyka poruszyła się w górę pod niedogoloną skórą szyi.
- Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że jest nią Bogna Klimska.
Brwi Adeli podjechały wysoko na czoło gdy usłyszała swoje rodowe nazwisko.
- Bogna Klimska? Chce mi pan powiedzieć, że mój były mąż sypiał z moją siostrą gdy ja leżałam naćpana w szpitalu?
Jak to wszystko okropnie, strasznie, obrzydliwie brzmiało!
Mężczyzna wypuścił powietrze ze świstem, po czym nagle przypomniał sobie o torbie i wydobył z niej jakieś wyświechtane kartki w foliowej, biurowej koszulce.
Podsunął zszargany dokument Adeli, a ona ze zgrozą stwierdziła, że nic nie przeczyta bez okularów. Sięgnęła do torebki i wsunęła rogowe oprawki na nos.
- Co to jest…? - zapytała bardziej siebie, niż jego. Na dole strony widniał jej krzywy podpis. - To wygląda jak papiery rozwodowe, które podpisałam trzydzie…
To nie były papiery rozwodowe.
- Pani Adelo, to jest zrzeczenie się praw rodzicielskich do dziecka.
- Do jakiego dziecka…? - pisnęła, a niechciane łzy zamazały jej wzrok. - Przecież ja nie mam dziecka, mój jedyny syn urodził się martwy!
Boże wszechmogący i wszystkie jego diabły w piekle! Czy ten człowiek wiedział coś na temat jakiegoś dziecka, które ona urodziła i nawet o tym nie pamiętała?
- Pani Adelo, z tego dokumentu wynika, że to ja jestem tym synem. Moja przysposobiona matka, Bogna Klimska, podająca się za Bognę Szadzką, pani siostra, która mnie wychowała razem ze Stefanem, dała mi te dokumenty po śmierci ojca. A potem opowiedziała mi o tym, jak ojciec panią ubezwłasnowolnił i odebrał prawa do dziecka. To prawda, co pani powiedziała, że Stefan panią porzucił, ale to było z troski o… pani Adelo?
Poczuła, że osuwa się na krześle, zrobiło jej się ciemno przed oczami.
Słyszała, jak mężczyzna, Adam Szadzki, jej domniemany syn, woła kelnera, potem ktoś spryskał jej twarz wodą, jakiś rytmiczny powiew schłodził jej czoło.
- Pani Adelo, pani Adelo, lepiej?
Otworzyła załzawione oczy i przez moment zdawało jej się, że to Stefan pochyla się nad nią.
Ludzie odwracali się w ich stronę i szeptali.
Siedziała na sofie, nie na krześle, na oparciu leżała zwilżona kelnerska ściereczka.
- To wzywać tę karetkę, proszę pana? - dobiegł skądś znajomy głos kelnera.
- Nie trzeba! Już dobrze, dziękuję!
Czy to Stefan mówił…?
- Pani Adelo, ja przepraszam, nie chciałem pani zdenerwować, ja…
- Przestań, chłopcze! - kobieta wyprostowała się, powiodła po sali groźnym spojrzeniem, chcąc pokazać, że ma wszystko pod kontrolą.
Nie miała nic pod kontrolą.
Nie kontrolował swojego życia, nie kontrolowała tej rozmowy. Chciała się napić.
Koniak błyszczał w kieliszku jak świeża żywica i równie obłędnie pachniał.
- Posłuchaj mnie, Adamie Szadzki, to jest jakieś wariactwo! Może i jesteś potomkiem mojego zdradliwego męża i mojej puszczalskiej siostry, ale co to za bzdura z tym synem, z tym moim synem? To jakiś chory żart?
- Pani Adelo, przepraszam raz jeszcze, to nie jest żaden żart! Ja też nie mogłem w to uwierzyć, nie chciałem uwierzyć w to, co mi opowiadała matka… to znaczy, Bogna, myślałem, że postradała zmysły po śmierci Stefana! Ale gdy przeczytałem te papiery, to nagle wszystkie dziwactwa moich rodziców stały się jasne! Bo oni żyli raczej jak brat i siostra. Bogna opowiedział mi, jak Stefan przyleciał z niemowlakiem do Kanady, jak płakał przez całe tygodnie, bo nie mógł pogodzić się z tym, co pani zrobił, a jednocześnie nie miał sił na to, by wrócić. Bo on bardzo panią kochał, ale bał się tej miłości. Był słabym człowiekiem. Zrobił to, co uważał za słuszne i poświęcił panią, żeby ocalić dziecko. Żeby ocalić mnie.
Adela czuła się jak na kiepskim filmie, jak w telenoweli. Oto wrócił jej syn, zmartwychwstał i odnalazł ją po trzydziestu latach. Odnalazł ją po to, by powiedzieć jej o śmierci mężczyzny, z którym nigdy się nie rozwiodła, któremu nie mogła nawet napluć w twarz za to, co jej zrobił. Za to, że ją porzucił, ukradłszy jej dziecko. Dziecko, które pewnie zaniedbałaby, może nawet zabiła w jakimś pijacko-narkotycznym widzie. Chyba powinna raczej Stefanowi podziękować…?
- To są jakieś kompletne bzdury! - szepnęła w przestrzeń.
- Pani Adelo, ja wiem, że to brzmi absurdalnie. Ja sam nie mogłem w to uwierzyć, ale… To może być prawda. Początkowo nie chciałem pani odszukać, w końcu nikt nie wiedział, czy pani w ogóle jeszcze… Przepraszam, nie chciałem.
- Nie przepraszaj. Byłam pijaczką i lekomanką. Tego się nie wyprę. Nie zamierzam teraz udawać przed tobą, nawet jeśli jesteś tylko obcym wariatem.
- Może i jestem wariatem, chyba faktycznie nim jestem. – Adam patrzył jej prosto w oczy. – Przez tydzień chodziłem za panią w nadziei, że zdobędę jakiś materiał genetyczny do badań, jakiś kubek po kawie, niedopałek papierosa, ubzdurałem sobie, że to będzie jak w amerykańskim filmie i zeskrobią pani DNA z łyżeczki żeby potwierdzić nasze pokrewieństwo. I to faktycznie było wariactwo! Musiałem chociaż spróbować z panią pomówić. Przepraszam, jeśli namieszałem w pani życiu.
- W życiu? W jakim życiu? Ja nie mam życia! Łażę po knajpach i gadam do kwiatka! Jeśli to prawda, to wszystko, co mówisz, to znaczy że życie nas obojga uknuł sobie Stefan! Stefan Szadzki, mój maż! I teraz jestem wdową, tak? Z dzieckiem! Dobrze chociaż, że nie z nieślubnym!
Zaśmiał się, ale zaraz powstrzymał, choć był to bardzo przyjemny śmiech. Zupełnie, jak Stefana.
- Pani Adelo, ja wiem, że to jest jeszcze większe wariactwo, ale ja przyjechałem z Kanady po to, żeby panią poprosić o zgodę na te badania. Ja muszę wiedzieć, czy to faktycznie pani jest moją matką.
Teraz to Adela wybuchnęła śmiechem.
- Pan żartuje, prawda? To wszystko jakiś ostatni durnowaty żart Stefana! Może nie chciał się panu przyznać, że porzucił żonę tuż po stracie dziecka i poleciał szlajać się z jej siostrą? Może spreparował te papierzyska, żeby wplątać nas oboje w jakąś chorą gierkę?
- Zza grobu?
No tak, Stefan przecież umarł. Nawet nie było jej specjalnie żal, a przynajmniej powtarzała to sobie w kółko w głowie.
- Pani Adelo, proszę się chociaż zastanowić. Ja tu przyjdę za tydzień, o jedenastej. I wtedy da mi pani odpowiedź, dobrze? Proszę. Nawet, jeśli miałaby pani odmówić. A teraz już pójdę, bo faktycznie zachowuję się jak wariat i ma pani pełne prawo za takiego mnie uważać.
Ładnie się wysławiał, ładnie gestykulował podczas mówienia. Podobał jej się. Gdyby kiedykolwiek miała syna, to mógłby być właśnie takim mężczyzną.
- Proszę sobie iść, kawa mi stygnie! - Adela spojrzała na niego i poczuła, że jakieś wzruszenie ściska jej serce.
Przez długą chwilę patrzył na nią, a potem powoli wstał. Ukłonił się dość niepewnie i podsunął papiery w jej stronę, po czym wyszedł niespiesznie, przerzuciwszy pasek od torby przez ramię.
Patrzyła przez czystą szybę za jego wysoką, zgrabną sylwetką. Chodził też ładnie. Zupełnie tak samo, jak Stefan.
Uniosła kieliszek pod światło i zapatrzyła się w słońce, zasłuchana w dzwony.
- Śpij Spokojnie, Stefan… - szepnęła i wychyliła koniak duszkiem.

KONIEC


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz