poniedziałek, 19 listopada 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 7




1 października
poniedziałek
19:47

Ten wieczór był wyjątkowo smutny i to nie tylko dlatego, że przy sąsiednim stoliku przed chwilą przecudnej urody szatynka przyjęła oświadczyny bajecznie przystojnego blondyna.
Od jakiegoś czasu Adeli przypominały się tylko smutne chwile życia, i choćby nie wiadomo, jak się starała, nie była w stanie przypomnieć sobie niczego wesołego. Choroba, rozwód, oddział zamknięty, oddział patologii ciąży w szpitalu, martwe dziecko zawijane w sprane, niebieskie prześcieradło i zabierane, zanim zdążyła chociażby na nie spojrzeć. Przecież ona nawet nie wiedziała, gdzie znajdował się grób jej synka! A może wiedziała, ale po prostu nigdy tam nie była? Nie potrafiła wyobrazić sobie siebie samej wstawiającej kwiaty do kamiennego wazonu z lastryko, zdrapującej porosty z maleńkiej mogiłki z wyrytym napisem „Powiększył grono aniołków”. Czy ktokolwiek postawił pomnik jej dziecku? Czy ktokolwiek skrobał te porosty i stawiał doniczkę z chryzantemami pierwszego listopada? Może powinna zadzwonić i się dowiedzieć, iść na ten grób w tym roku, po raz pierwszy od… ilu lat? Tylko do kogo zadzwonić?
Czy jej syn byłby podobny do tego uroczego młodzieńca, który gruchał do ucha swojej wybrance przy akompaniamencie skrzypiec?
Adela nie wiedziała, dlaczego właściwie przychodziła do tej restauracji, w której płaciło się pół emerytury za trzydaniowy posiłek dla dwojga. Nigdy tyle nie zapłaciła, bo zazwyczaj zamawiała tylko przystawkę składającą się z wymyślnie poprzeplatanych ze sobą łodyżek jakichś kiełków i alkohol, którego nie piła.
Tego wieczora czuła się wyjątkowo surrealistycznie, bo lokal był prawie pusty, tylko ta para jak z holiłódzkiego filmu przeżywała swoje mała szczęście tuż obok niej. Żałowała, że nie usiadła gdzieś w kącie, przy pojedynczym stoliku. Rezerwowała miejsce dla dwojga i przez cały wieczór wpatrywała się w pusty talerz, jak w miejsce przy wigilijnym stole, do którego przecież nikt nie dopuściłby żadnego zagubionego wędrowca.
Łzy kapały na warkoczyk z zielonych łodyżek, zabarwione tuszem. Dalej kupowała tusz-plujkę w rozklekotanej budzie na ryneczku, gdzie leciwa sprzedawczyni z pianą ondulacji na głowie pielęgnowała potrzebę niektórych kobiet nieustannego spoglądania z nostalgią w przeszłość.
I wtedy go zobaczyła: siedział skulony w półmroku, tak, jak ona powinna była siedzieć; na wpół rozpuszczony w cieniach lokalu, na jego twarzy tańczył migotliwy cień, uwydatniając orli nos.
Adela zacisnęła usta, otarła oczy lnianą serwetką, nie dbając o to, czy ktokolwiek zdoła ją doprać. Przez długą chwilę wpatrywała się w rozmazaną twarz nieznajomego. W zasadzie przestała już myśleć o nim jak o nieznajomym. W myślach nazywała go „swoim chłopakiem”. 
Dziś przez cały dzień wygłaszała tyrady do paprotki, snując przeróżne spiskowe teorie na jego temat. Niektóre były absurdalne, inne wydawały jej się całkiem prawdopodobne, a jeszcze inne zamieniały się w romantyczne bajdurzenie starej baby, która naczytała się za dużo romansideł. Paprotka usłyszała więc historię o siostrzeńcu z Kanady, choć Adela przecież wiedziała, że jej siostra nie ma dzieci; o prawniku, który zamierzał przekazać jej spadek po byłym mężu, choć przecież to było niemożliwe, jako że Stefan nie potrafił nic, na czym mógłby dorobić się majątku. Obie te historyjki były w zasadzie prawdopodobne, gdyż Adela straciła kontakt zarówno z siostrą, jak i z byłym mężem wiele lat temu i nie wiedziała, jak potoczyły się ich losy. A może tajemniczy mężczyzna był ich synem? To byłoby zbyt potworne, ale gdy wspomniała fakt, że rodzina zamknęła ją na długie miesiące w szpitalu psychiatrycznym, to nawet ten scenariusz wydał się jej prawdopodobny.
Uniosła kieliszek w stronę tajemniczego chłopaka, jednak ten nawet nie drgnął. Miała ochotę upić łyk, ale powstrzymała się w ostatniej chwili, gdy uświadomiła sobie, że zachowuje się jak stara kokota usiłująca poderwać jakiegoś szczeniaka. Nawet gdyby była kokotą, a on żigolakiem, nie byłoby jej stać na jego usługi. Ile mógł kosztować numerek z młodym przystojniakiem? Czy którykolwiek z nich byłby na tyle zdesperowany, by ją dotknąć? I czy ona zniosłaby dotyk młodego mężczyzny, zaskorupiała w swojej samotności, psychicznie i fizycznie? Oczywiście, że nie, sama ta myśl napełniła ją nagle odrazą.
Skrzypce zaintonowały jakiegoś czardasza.
Przez chwilę patrzyła na śmiejącą się dziewczynę, na jej świeżo upieczonego narzeczonego, który namawiał ją żarliwie do tańca, aż w końcu dała się przekonać i zawirowali na środku pustej sali.
Usiłowała dostrzec mrocznego chłopaka za ich pląsającymi sylwetkami.
W kącie sali zostały już tylko rozedrgane cienie.
A może on był jakimś duchem? W końcu nigdy nie widziała ducha, mógł przecież wyglądać jak normalny człowiek i rozpływać się we mgłę pod palcami. Niemożliwe, przecież go dotknęła, otarła się o niego wtedy w drzwiach, i wówczas jego ciało było jak najbardziej rzeczywiste.
Wstała od stolika z zamiarem powrotu do domu i wypłakania się w paprotkę.
I z mocnym postanowieniem, ze jej jutrzejszy koniaczek będzie ostatnim wyjściem na miasto. Potem zamierzała zrosnąć się z piżamą i zapaść w sen zimowy, choć do zimy było jeszcze cholernie daleko.
W jej umyśle zima panowała jednak nieprzerwanie od dwóch dekad.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz