środa, 23 stycznia 2019

Z cyklu "miniaturki" - "Bul, bul..."




Mamo…?
Brak odpowiedzi.
Czasami brak odpowiedzi był lepszy niż to, co mówiła w gniewie.
Mamusiu…?
Ryzykował, w końcu nigdy nie było wiadomo, czy czułe słówka ją uspokoją, czy wkurzą. Nie było reguły.
Cisza.
Nie, nie cisza, pochrapywała nieznacznie, z głową odchyloną na oparcie złożonej wersalki. Znowu nie rozścieliła łóżka, nie przebrała się w piżamę, nie zmyła makijażu. Zauważył, że się maluje, dopiero wówczas, gdy po raz pierwszy zobaczył ją śpiącą z rozmazaną szminką i tuszem spływającym po policzkach, podobną rozjechanemu przez ciężarówkę szopowi praczowi… Wcześniej zawsze była jego śliczną mamusią.
Musiała być śliczna, nienaganna, elegancka. Zawsze i wszędzie. Odprasowana garsonka, szwy w pończochach wspinające się idealnie prostymi kreskami po jej łydkach, cieniutkie szpilki. Szefostwo przywiązywało uwagę do przestrzegania dress–code'u. Miała wrażenie, że całe jej życie zmieniło się w zlepek reguł, zasad, praw, których musiała przestrzegać, których nie można było złamać.
Zaczęła pękać już po dwóch latach pracy w korporacji, gdy próbowała odnaleźć się w firmie po powrocie z macierzyńskiego. Wzięli ją na staż w ramach jakiegoś programu unijnego, "aktywizacja zawodowa coś tam". Na szczęście szybko zaczęła zarabiać tyle, że starczyło na prywatną placówkę, w której syn mógł spędzać po czternaście godzin na dobę. Nie zauważyła, kiedy wyrósł z pieluch, zaczął sam wiązać buty, w końcu robić sobie kanapki i jeździć autobusem do szkoły. Miał jedenaście lat, ale chwilami zachowywał się już jak mężczyzna. Jak jedyny mężczyzna w jej życiu.
Adrian odszedł przez wódkę.
Gdy po raz pierwszy wrócił z dwutygodniowego zlecenia "u Niemca" i zastał ją w kałuży wymiocin, które jego dwuletni syn rozjeżdżał resorakiem, bawiąc się przy nieprzytomnej matce, nie powiedział ani słowa. Wykąpał dzieciaka, uprzątnął podłogę, poczekał, aż żona się obudzi. Gdy wytrzeźwiała, postawił ultimatum: terapia albo ich małżeństwo. I zabierze syna. Poszła na terapię, ale wróciła do potajemnego podpijania już po tygodniu, przygnieciona presją perfekcjonizmu w pracy. W torebce nosiła wiśniówkę w butelce po syropie.
Po drugim razie zrobił karczemną awanturę.
Po trzecim położył przed nią papiery rozwodowe, zimnym głosem oznajmiając, że sam jest niepijącym synem alkoholików. Skoro on potrafi, to ona też, a poza tym okłamała go zarzekając się przed ślubem, że nie pije. Bo wtedy nie piła, była już w ciąży. Tylko piwko, ale organizm się domagał. I kilka razy lampkę wina do kolacji. I raz łyczek żubrówki, maleńki, tylko jeden drink. No dobra, dwa…
Sąd rodzinny przyznał jej dziecko tylko dlatego, że Adrian nie miał stałego dochodu. A jej terapia nie była udokumentowana więc nie mógł wyciągnąć żadnych brudów przeciwko niej. W ogóle nie było żadnej terapii, wcale na nią nie chodziła. Nie miał żadnych świadków na jej rzekome picie, nikt nigdy nie widział jej na rauszu. Adrian nie miał śmiałości kłócić się przed sędziną, nawet mimo tego, że chodziło o losy jego syna. Może i matka Adama chlała, ale na dziecku nigdy się to nie odbiło. To było największe kłamstwo życia jej męża, powtarzane tak często, aż sam w nie uwierzył.
Oczywiście, że próbowała przestać! Tylko bez całego tego cholernego entourage'u, bez psychologów i grupowych sesji, podczas których musiałaby siedzieć w kółku z wszystkimi tymi pijaczkami i menelami o twarzach naznaczonych setkami upadków. Ona nigdy nie upadła po pijaku. Nie na twarz.
Nie była przecież żadną pieprzoną alkoholiczką! Miała świetną pracę w korporacji, wychowała syna, który doskonale potrafił się sobą zająć, już prawie spłaciła kredyt za kawalerkę, zostało zaledwie dziesięć lat! Młody dobrze się uczył i niczego mu nie brakowało, popołudniami chodził na angielski i aikido, w weekendy odwiedzał kolegów. I wszyscy ci koledzy na pewno się w niej podkochiwali, w końcu była najlepiej zrobioną mamuśką w całej szkole! A pozostałe matki mogły tylko zazdrościć jej figury, włosów za kilka stówek i nowych paznokci co tydzień. Szefostwo nie lubiło monotonii.
Młody wychodził z domu o siódmej i wracał wieczorem, kiedy ona była już dobrze wcięta, czasami pogrążona w pierwszej pijackiej drzemce. Zarzyganą widział ją tylko raz… dwa… trzy razy? Wielkie mi halo, każdy dzieciak na pewno widział kiedyś rodziców na rauszu! Przecież nie ćpała, nie puszczała się! Gdy wychodziła z domu zawsze była idealna, z tymi cholernymi szwami od pończoch przyciągającymi wzrok wszystkich facetów. Nie miała na nich czasu ani ochoty, musiała przeć do przodu, diamentowy stołek był już bardzo blisko, prawie w jej zasięgu. Jeszcze tylko kilka projekcików, ze dwie kampanie i może wytypują ją do awansu!
W robocie wszyscy patrzyli na siebie tak, jakby chcieli się pozagryzać. Nad uszminkowanymi ustami i przystrzyżonymi modnie wąsikami nerwowo rozszerzały się nozdrza, usta wyginały w fałszywych uśmiechach, dziewczyny cmokały powietrze przy swoich uszach stojąc w kolejce do ekspresu. Za plecami każdy każdemu obrabiał dupę, kradziono pomysły, kopiowano outline'y. A szefostwo nie znosiło donosicielstwa, wszystko miało być cacy, jak w szwedzkiej firmie–matce, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy podpisać się pod cudzą pracą. A tu była Polska właśnie, czego na górze najwidoczniej nie potrafiono pojąć. Szwedzkiej mentalności nie udało się przeszczepić do rodzimych, cwaniackich mózgów.
No i jak tu nie pić?
I tak była lepsza od większości. Połowa młokosów wciągała kreski na rozpęd, tłumacząc siorbanie nosami przeróżnymi alergiami. Ona pociągała tylko z buteleczki po syropie, nieczęsto, kilka razy dziennie. Zawsze w kibelku, bo wszędzie indziej był monitoring.
Po pracy wsiadała na miejski rower i jechała na kolejeczkę do baru w innej części miasta. Nie miała prawa jazdy, wolała jeździć komunikacją i mieć możliwość chlapnięcia sobie w każdej chwili.
Po powrocie do domu wlewała sobie dżin z tonikiem, tak na rozluźnienie. Wiedziała, że siksy z roboty ją obgadują, puszczają ploty o tym, że wskoczyła na szczebelek wyżej robiąc laskę szefowi. Miała to gdzieś. W domu nie mogły jej dosięgnąć. Nalewała sobie wina, siadając do komputera. Po kilku głębszych robiła mnóstwo literówek, ale poprawiała wszystko następnego ranka, gdy młody był już w szkole, a ona wygrzebywała się z łóżka, często niepościelonego, zdejmowała z siebie korporacyjny uniform i wskakiwała w świeży. Spędzała pół weekendu nad cholerną deską do prasowania. Ale nie mogła pozwolić sobie na to, żeby wyglądać gorzej od tych gówniar. Zimne piwo doskonale chłodziło ją, gdy stała którąś z rzędu godzinę nad buchającym parą żelazkiem.
No dobra, raz czy dwa, odchodząc na miękkich nogach od deski po którąś tam puszkę, nie wróciła do prasowania, zasiadając z browarem przy kuchennym stole. W ten głupi sposób zniszczyła najlepszą bluzkę od Diora.
Otworzyła oczy, a przynajmniej próbowała rozkleić powieki zlepione rozmazanym tuszem. Jakiś dziwny odgłos wyrwał ją z drzemki. Jakieś bulgotanie, chlupot…? Ale co tu mogło chlupać? Może nie dokręciła kranu, gdy myła sobie kieliszeczek do koniaku? I gdzie był ten kieliszeczek…?
Wstała, rozdeptując go na dywanie, zaklęła szpetnie, zachwiała się, przytrzymując oparcia wersalki. Musiała zidentyfikować ten odgłos, to cholerne bulgotanie: bul, bul, bul! Gęsty, lepki odgłos, tak znajomy, a jednocześnie tak abstrakcyjny…
Przepełzła do kuchni, jakimś cudem utrzymując się na nogach. Czy można było pełzać w pionie? Owszem, opanowała tę sztukę do perfekcji.
I wtedy go zobaczyła.
Stał odwrócony do niej plecami, przy zlewie, a przez bulgoczący odgłos przebijało się jakieś kwilenie, popiskiwanie, co on robił, do jasnej cholery…? Podśpiewywał?
Na blacie stołu stała cała bateria butelek, cały jej drogocenny bareczek, wszystko, co miała schowane na czarną godzinę: koniaczek, dwie wiśniówki, żubrówka, pół butelki czystej, którą odstawiła kiedyś, gdy zabrakło jej soku. Nie piła bez zapojki, jak jakaś menelka, o nie! Tylko że teraz butelka nie była do połowy pełna. Była pusta. Tak samo, jak wszystkie pozostałe.
Cholerny gówniarz opróżniał do zlewu jej ostatniego whiskacza!
Najpierw zacisnęła usta, potem chciała krzyknąć, ale zamiast tego z jej gardła wydobył się jakiś suchy charkot.
Adaś odwrócił się, upuściwszy butelkę do zlewu, huknęła o dno, nie rozbijając się. Może mogłaby jeszcze coś z niej uratować, chociaż kropelkę?
Przestraszył się. Przestraszył się jak nigdy wcześniej na widok tego charczącego potwora o rozczochranych włosach, o twarzy pokrytej czarnymi smugami, potwora, który sapał, wbijając pazury ozdobione jakimiś idiotycznymi wzorkami w futrynę, potwora, który zamierzał rzucić się na niego, szarpać i krzyczeć, bić w miejsca, które mógłby zasłonić ubraniem tak, aby nikt nie zauważył. Potwora, który kiedyś był jego śliczną mamusią.
Musiał jednak w końcu to zrobić, musiał uwolnić i ją, i siebie. Kto inny miałby to zrobić? Ojciec nie chciał ich znać, a przecież nie mógł powiedzieć w szkole, że jego matka pije! Jedyna droga do wolności wiodła przez odpływ w zlewie, a przynajmniej on nie widział innej.
Stał drżąc na całym ciele, a ona zbliżała się do niego, nie mógł odczytać wyrazu jej twarzy. Szła i szła, w zwolnionym tempie, jak w koszmarze, jak w horrorze.
Aż doszła.
Uniosła gwałtownie rękę, a on przygotował się na pierwszy cios. Ale do trzech razy sztuka. Dwa razy wcześniej się nie udało, więcej nie zamierzał próbować. Najwidoczniej tak już miało być…
Coś w niej pękło, gdy uświadomiła sobie, że bardziej zależy jej na gorzale, niż na własnym dziecku. Pękło nie pierwszy raz i nie ostatni, ale w tej chwili, w której skulił się przed uderzeniem pomyślała, że jest ostatnim – choć tak małym – człowiekiem, który usiłuje uwolnić ją ze szponów… E tam, ze szponów, przecież nie była żadną pijaczką!
Zostaw, synuś… – mruknęła, przygarniając go do siebie. Śmierdziała, ale nie dbał o to. Jutro dokupię… pomyślała, ale jednocześnie zdecydowała, że dzisiejszego wieczora może sama o sobie decydować, dzisiaj mogła być wolna. – Chodź, rozłożysz mamusi łóżko… – powiedziała głośno, opierając się na jego podrygujących od szlochu ramionach.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz