czwartek, 14 marca 2019

HOMOKOMANDO - PROLOG

HOMOKOMANDO

PROLOG


Seba podrapał się w potylicę.
Nie chciał, by uciążliwe swędzenie czaszki odwróciło jego uwagę od natchnionego monologu Dżordża, który - po kwadransie motywacyjnej gadki - zdawał się przemawiać głosem zesłanym skądś (bo przecież nie z niebiesiech...), a nie mówić do zebranych przed nim młodzieńców, którzy wszyscy, bez wyjątku, wpatrywali się w niego jak w billboard z najnowszym modelem dildo.
Włosy odrastały, by stać się kuszącymi, podatnymi na układanie puklami, ale przez to głowa, zawsze golona do skóry, regularnie, co tydzień, wydawała się jakaś obca... Różowy T-shirt z jednorożcem, który Seba wdział po zrzuceniu odzieży patriotycznej, nie stał się jeszcze jego drugą skórą, ale dresiarz czuł, jak to się zmienia, czuł to z każdym natchnionym zdaniem wypływającym z pociągniętych błyszczykiem warg Dżordża.
Seba uczył się walczyć z uczuciem zazdrości, które napadało go za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, że być może każdy z tych młodzieńców został indoktrynowany własnie przez Dżordża, a nie przez jakiegoś innego oficera: Majkela, Eltona, Dżejkoba czy Jarosława. Owszem, tamci byli bardziej przegięci, ale to właśnie Dżordż miał w sobie to coś - coś, co sprawiło, że gdy Seba schylił się pod prysznicem na siłowni po mydło i poczuł go właśnie tam, zamiast odwrócić się i pierdolnąć mu w pysk, po czym zbutować (choć akurat nie miał na sobie butów) i napluć na jego truchło, pieścił  uniesioną z pokrytej popękanymi płytkami podłogi kostkę mydła w rytmie z...
- Podstawowym narzędziem indoktrynacji jest??? - zapiał Dżordż.
- WAZELINA! - odhuknęli rekruci zgodnym chórem, podnieceni już do tego stopnia, że w rozporkach furkotały im śmigła.
Seba miał wrażenie, że Dżordż spojrzał bezpośrednio na niego zza różowych szkieł okularów, że widział, iż Seba nie krzyknął razem z innymi, nie uniósł w górę małego paluszka, odgiętego pod odpowiednim kątem.
Z pewnością czekała go jeszcze jedna "sesja indywidualna", sam na sam z oficerem, który ukaże mu dobitnie, ukaże mu dogłębnie słuszność ich racji. Seba liczył na to, że właśnie Dżordż zostanie przydzielony do tego zadania, że sam się do niego wyznaczy. 
Nie bał się, już nie.
Nowi rekruci homokomanda ustawili się tymczasem w pary, biorąc pod ręce, klepiąc po pośladkach i heheszkując pod wąsem, gotowi, by wyjść w noc i siać tęczową zarazę, rozprzestrzeniać brokatowy wirus.
Seba chciał iść z nimi, pragnął tego najbardziej na świecie, wiedział jednakże, że nie jest jeszcze gotowy, Sporo czasu minie, nim jego włosy zaczną kusząco powiewać lub sugestywnie stać uniesione żelem. Sporo czasu minie, nim jego mięśnie nabiorą odpowiedniej wiotkości, nim zapomni, jak się skręca szafki i wbija gwoździe. Łaknął podkładu w opalonym odcieniu, łaknął obcisłych, marynarskich topów od Gaultiera, powiewu feromonów spod wydepilowanych pach. Dżordż nauczył go pragnąć tego wszystkiego, Dżordż otworzył mu oczy i inne szczeliny ciała, Dżordż go nawrócił!
A przecież jeszcze kilka tygodni wcześniej Seba był zwyczajnym, przeciętnym, narodowosocjalistycznym dresiarzem z blokowiska, beneficjentem socjalu. 
Teraz ta jego haniebna przeszłość wydawała mu się tylko koszmarnym snem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz